Jak spektakularnie zdolni bywają ludzie, którzy potrafią stworzyć tak wybitne dzieła. Książka „Kasperl i Margit” Macieja Płazy tym właśnie jest. To nie tylko ciekawa, imponująca stylistycznie opowieść. To wielowymiarowa, barwna, głęboka, monumentalna historia, której napisanie wymaga ogromnej pracy i wybitnych lingwistycznych zdolności. Autor jest doktorem humanistyki i tłumaczem literatury anglojęzycznej i prac naukowych. Ten pierwszy tytuł jak najbardziej nie jest przypadkiem. Ale dla mnie pan Maciej jest przede wszystkim mistrzem językowym i uwodzicielskim twórcą wielopłaszczyznowych i złożonych historii.
Powieść jest rozciągnięta na trzy dekady i dzięki temu możemy naprawdę poznać bohaterów – od okresu dziecięcego, przechodząc przez okres nastoletni po dorosłość. Złożoność ich charakterów, uczuć, emocji, postaw. A są to bohaterowie naprawdę niezwykli, którzy swoimi życiorysami mogliby wypełnić kilka innych. Byłam z nimi wyjątkowo długo, bo wyjątkowo długa jest to książka.
W roku 1903, wśród poznańskich rynsztoków na świat przychodzi Kasperl. Jego przysłowiowy czepek zostaje wyrzucony przez okno. Chłopiec jest analfabetą, ale obdarzony jest niesamowitym słuchem muzycznym. Wkrótce zaczyna brylować na ulicach poznańskiego Chwaliszewa. Gra na akordeonie, wymyśla na poczekaniu pieśni i piosenki, bawi i wkurza mieszkańców i co chwilę pakuje się w kłopoty.
Równocześnie, po drugiej stronie miasta, córkę pochodzącą z zamożnej rodziny ojciec zabiera do teatru. Po jednym ze spektakli dziewczynka postanawia, że zostanie aktorką. Lata później z przybranym imieniem Margit staje się ulubienicą berlińskiej sceny.
Historyczne zdarzenia ówczesnych czasów dają w kość zarówno jemu, jak i jej. Bowiem „Kasperl i Margit” to powieść pełna dwudziestowiecznego życia. W tle wielka wojna, powstania wielkopolskie. Rodzi się nazizm. Pędzi postęp, rozwija się kultura. Maciej Płaza odmalowuje niezwykle barwny międzywojenny Poznań i Berlin, ale również inne miasta: Monachium czy Salzburg. Przez życie głównych bohaterów przewijają się inne rzeczywiste postacie: Modrzejewska, Brecht, Weill, Paderewski, Mann, Zweig, Sztaudynger i wiele innych.
Autor wykonał ogromną pracę, żeby tak autentycznie oddać klimat epoki i jej powiązania artystyczne. Nie mogę nie wspomnieć też o jeszcze innej, bardzo istotnej, wyrazistej rzeczy. Duża część powieści napisana jest poznańską gwarą, która sprawia, że książki nie czyta się łatwo i jest bardzo wymagająca. Ale strona po stronie zaczyna się rozpoznawać coraz więcej słów i zaczynają wpadać w ucho tak, jak w wyobraźni grają wszystkie wymyślone przez Kasperla piosenki.
Szwanc na sztram, Browling w kiejdzie, buty na skórze, krymka na głowie i mantel na grzbiecie, na angielce garnek pyr, bejmów w bród, Arnold na ramionach. Muzyka. Tego mi trzeba i po to mnie nosi chwaliszewski bruk.
Chłop stawiał piwo lub kielonek berbeli, babka dawała skibkę z twarogiem, mela pozwalała szpycnąć między dydki. Kulał Kasperl po świecie jak fucha po łące, kopnięta nie wiedzieć czyją szkitą.
Ta wręcz niewiarygodna, cudowna historia Margit i Kasperla, bo jak nie trudno się domyślić los ich w pewnym momencie zadziwiająco łączy, zostanie ze mną na długo.
Przesypywaliśmy sobie nawzajem przez palce, niczym garstki zbielałego piachu, swoich wcześniejszych kochanków i dawne kochanki, swoje minione romanse, miłostki, zauroczenia, żądze, przypadki wymagające cierpliwych zachodów bądź przelotne jak spazm rozkoszy i niczego prócz spazmu nie wymagające. Licytowaliśmy się nimi, graliśmy jak w warcaby czy karty, nieodmiennie wychodząc na remis, którym był wspólny spazm, jedyny, jaki wydawał się ważny na świecie. Raz przyknaiłem się do takiej jednej w Charlottenburgu, zaśmiał się kiedyś Kasper, myślałem, że to blyrwa, a to ja byłem blyrwą, czy ty mi kiedyś za to zapłacisz? Płacę ci, mruknąłem, grasz w moim teatrze.
„Kasperl i Margit” Macieja Płazy – Wydawnictwo Literackie.