„Nikt nie idzie” – książka Jakuba Małeckiego, a w niej „Takie rzeczy po prostu się zdarzają”: zaginięcie starszego brata w dalekim kraju; nieszczęśliwie wykonany manewr kończący się wypadkiem samolotu; niepełnosprawny umysłowo chłopiec, do którego świata nikt nie ma dostępu.
W tragicznych okolicznościach, na jednej z ulic Olga trafia na tajemniczego chłopca/mężczyznę z plecakiem wypchanym kolorowymi, nadmuchanymi balonami. Olga, córka wybitnego pianisty uwielbiającego ponad wszystko trzeci koncert fortepianowy Rachmaninowa, jest młodą kobietą po tak zwanych przejściach. Pokiereszowana przez los, ale przede wszystkim przez swoje własne wybory (związek z Igorem). Klemens jest niepełnosprawnym umysłowo młodym mężczyzną, niemogącym żyć samodzielnie, pełnym dziwnych, niewytłumaczalnych ni to przyzwyczajeń, ni to natręctw, w których rządzi tylko jemu znany porządek. Losy czterech głównych bohaterów – Olgi, Igora, Klemensa i jego mamy splatają się ze sobą na różnych etapach ich życia.
Tym razem na miejsce, gdzie toczą się losy bohaterów, pisarz wybrał Warszawę. Dole i niedole postaci rozgrywają się w trochę zapuszczonych dzielnicach, czasem podejrzanych osiedlach z czarnymi kwadratami na ścianach, zamiast kolorowych murali. Autor jak zwykle pochylił się nad topografią tego miejsca i przedstawił je ze szczególną czułą skrupulatnością, ale zwracając uwagę czytelnika na mniej oczywiste rzeczy. Dzielnice, zakątki, ulice, domy widziane nie okiem przypadkowego przechodnia, ale raczej rzeczywistego mieszkańca. Ich ciemne strony, zagubieni albo zastani w jakimś momencie ich codzienności mieszkańcy „przycupnięci na krawędziach swoich dawnych planów na życie, odmieniają „ja” przez wszystkie przypadki. Mnie kiedyś to. Ja jak pracowałem w. Ze mną nigdy nie było tak, że. A ja to w życiu. Ja pierdolę.”
Ciekawa i znamienna kompozycja książek Jakuba Małeckiego.
Cechą charakterystyczną i wspólną każdej z przeczytanych przeze mnie dotąd książek Jakuba Małeckiego jest niesamowita ich kompozycja. W większości losy bohaterów zataczają kręgi, w którymś momencie zadziwiająco się łączą. Na początku są oderwane, czasem trudno się połapać i trzeba wertować poprzednie kartki książki, by się zorientować, czegoś nie przegapić lub by coś zrozumieć. Ale historie są zawsze spójne, zawsze w trakcie lub pod koniec ostatni element tych swoistych puzzli okazuje się pasować do całości.
Tak jest również w przypadku „Nikt nie idzie”. Genialnie opisane postacie i relacje między nimi. Jeśli łączy je romantyczna relacja, to odnajdujemy w niej swoje jasne i dobre strony czy rozterki i problemy. Jeśli relacja jest innego rodzaju – rodzicielska, przyjacielska – jest także do bólu prawdziwa. Albo nagle natrafiamy na dokładne odzwierciedlenie swoich marzeń czy oczekiwań wobec drugiej, bliskiej osoby. Czy to, co podarowywał w prezentach Oldze Igor, a co musiał wymyślić przecież Małecki, nie jest tym, co niejedną wrażliwą kobietę wprawiłoby w zachwyt? Czasem te związki nie są oczywiste – na przykład łączą szczególnie nietuzinkowych bohaterów z bardziej zwyczajnymi – na pierwszy rzut oka – bohaterkami. Oni sami mają zawsze coś ciekawego do zaoferowania czytelnikowi. Choćby zastanawiającą i na swój sposób odkrywczą dygresję:
Gdyby podróżować w przemyślany sposób, można by żyć tak, żeby ciągle był dzień. Albo, na przykład, ciągle zachód słońca.
Książka jest również pełna rzeczy ujętych nie wprost, metaforycznie, pomysłowo:
Mieszkanie miało prawie sześćdziesiąt metrów kwadratowych, ale matka oblepiła się w nim wspomnieniami tak szczelnie, że na nią samą prawie nie zostawało już miejsca.
„Nikt nie idzie” – książka Jakuba Małeckiego i wszystkie jego pozostałe powieści.
Pisząc o książkach Małeckiego ciągle mam wrażenie, że nie oddaję wszystkiego, najważniejszego, że piszę o rzeczach oczywistych w jego prozie. Obawiam się, że nie potrafię oddać tych wyjątkowości, które nieustająco mnie zachwycają. Czuję je dobrze, identyfikuję je w głowie, wiem dokładnie czym są. Ale tak trudno je opisać.
Znowu odnajdywałam takie fragmenty, w których pisarz przemycił coś o sobie, a co jest wyrazem tego, o czym opowiadał na spotkaniach autorskich lub w wywiadach.
Igor zachęcał Olgę, by wrzucała te zdjęcia na Instagrama, i czasami dawała się namówić, ale zwykle czuła się później, jakby traciła w ten sposób część radości z pieczenia. Wolała pokazywać na tym targowisku próżności ładne zdjęcia niczego: ściany, niebo, poduszki, łapy Ryszarda na otwartej książce. Większość wypieków zachowywała dla siebie.
Jak w większości powieści pisarza, również w tej książce jest doskonale opracowany motyw, który jest jakby tłem dla całej opowieści. W „Nikt nie idzie” tym motywem jest sztuka wschodu, japońskie haiku – wiersze, które układali mnisi tuż przed zbliżającą się śmiercią:
Tą drogą
Nikt nie idzie
Tego dzisiejszego wieczoru.
„Nikt nie idzie” – książka Jakuba Małeckiego – martwię się, że moja przygoda z tym autorem na razie powoli dobiega końca (już niewiele pozostało mi do przeczytania). Nie wiem, jak długo trzeba będzie czekać na kolejną jego książkę.
Inne książki Jakuba Małeckiego, o których pisałam na tym blogu to: „Dżozef”, „Rdza”, „Dygot”, „Horyzont”, „Korowód”, „Sąsiednie kolory”, „Ślady”.
I jeszcze Trzeci koncert fortepianowy d-moll Siergieja Rachmaninowa, który artysta skomponował w 1909 roku. Jest uważany za jeden z najtrudniejszych do zagrania koncertów fortepianowych.