Jakubie, kim jest ten ktoś, kto opowiada o kimś innym w książce określając go zaimkiem „mój”? Czy jest tu pole do wyobraźni, czy raczej nie i jeśli się tego nie wie, to jest się niekompetentnym czytelnikiem? Mam na to pomysł, ale pisząc o tym teraz, tutaj, nie mogę tego zdradzić.
Co jest w Twojej głowie Kubo, jakie labirynty pomysłów, powiązań, zaskoczeń, zakamarków – czasem takich, że aż strach.
Czyta się „Ślady” i mimo charakterystycznego sposobu, który stosuje Kuba Małecki w swoich książkach, czyli zapowiadając to, co się zdarzy później, chce się tym bardziej czytać dalej.
Trudno mi znaleźć słowa, by to pisarstwo określić. Kuba niewątpliwie szanuje relacje rodzinne, swoich przodków, pochyla się nad starością, ułomnością, przemijaniem. Rozumie strach i odmienność. Pisze tak, jakby sam miał wielu dziadków i wiele babć, wielu wujków i wiele ciotek, bo nie sposób uwierzyć, że z tych swoich rzeczywistych wyciągnął aż tyle wzorców, z których z kolei utkał tyle historii. Trudno inaczej wytłumaczyć tę niesamowitą autentyczność. Jak ja go rozumiem. Sama mam w głowie takie historie, takie ułamki starodawnych wspomnień. Kiedy po wielu latach przyjeżdżałam w miejsca z mojego dzieciństwa, tam, gdzie spędzałam wakacje u cioci i dziadka, coś co było dla mnie wzniesieniem, z którego dało się zjechać na sankach, po czasie okazało się czymś, co można pokonać jednym krokiem. Ale to tylko taki maleńki przykład. To takie nic. Trzeba przeczytać te historie, mieć tę tzw. starą duszę, by je przyjąć, nimi się przejąć. Trzeba to lubić, choć słowo „lubić” nie jest adekwatne. Bo tego się nie lubi. Raczej temu daje się uwieść.
„Ślady” są zbiorem – w pewnym sensie – opowiadań, ale powiązanych ze sobą różnymi postaciami.
Mroczne te „Ślady”. Smutne i przejmujące. Boleśnie prawdziwe.