Zawsze mnie do niego jakoś ciągnęło, a potem coś strasznie odpychało. Pamiętam, jak byłam w Grecji w czerwcu 2018 roku i włóczyłam się po uliczkach Aten, zajrzałam do telefonu i przeczytałam, że popełnił samobójstwo. Wstrząsnęło to mną, często i długo o tym rozmyślałam. Lata temu przeczytałam dwie jego książki. Chciałam więc zobaczyć ten film. Człowiek o spektakularnym charakterze, poszukujący i jednocześnie zagubiony w tym poszukiwaniu. Mający potężne dylematy, problemy psychiczne i wielki smutek w sobie. I znowu – tak jak Matthew Perry – miał wokół siebie przyjaciół, naprawdę bliskich ludzi, którym na nim zależało, ale nikt mu nie pomógł. I nie dlatego, że nie chciał, tylko dlatego, że Anthony mocno to skrywał. Nikt nie mógł zobaczyć tak dogłębnie, co naprawdę strasznego się z nim dzieje. Świetnie się ukrywał, jak każdy uzależniony człowiek, bo wiedział, że jak zbyt wiele wyjdzie na jaw, odetną go na siłę od tego, dzięki czemu mógł funkcjonować, czyli od tabletek.
U Anthoniego nie chodziło o tabletki. Zresztą może chodzić o wiele różnych rzeczy. Nie zawsze ktoś, nawet bardzo bliski, może się zorientować, jak bardzo jest źle.
Obejrzałam więc na pewno dobry, dokumentalny film. Ale odkryłam to, co mnie od Anthonego odpychało. Zarówno w swoich filmach (może na pozór) beznamiętnie spoglądał na straszliwe zabijanie zwierząt w celach konsumpcyjnych, pokazywał je (widać to też w tym filmie o nim). Jednocześnie ubolewał nad tym, jakim strasznym miejscem jest świat – ale mam wrażenie, że miał na myśli tylko krzywdę ludzi.