Film „Blue Jay” to kameralna i subtelna opowieść.
Główni i prawie jedyni bohaterowie to ona i on, mniej więcej po czterdziestce. Spotykają się po wielu latach przypadkiem w rodzinnym miasteczku. On porządkuje dom po zmarłej matce, ona przyjeżdża już z innego miasta, aby pobyć z siostrą. Wpadają na siebie w sklepie i naturalne zakłopotanie, w które się nawzajem wprawiają zdradza, że dawno temu, jeszcze w czasie szkoły średniej przez kilka lat byli parą. Później dowiemy się, że bardzo szczęśliwą i barwną. A rozstali się z bardzo ważnego powodu.
Amanda nosi czapkę, która bardziej pasuje do kilkuletniego dziecka, ale jakoś jej w niej do twarzy. Z oczu Jima często płyną łzy. Spędzają ze sobą popołudnie, wieczór i noc. Bez – być może spodziewanej – fizycznej intymności, ale ta psychiczna wylewa się z każdego kadru. Bieżące sprawy zostają ostrożnie odłożone. Topnieją lody, które Amanda kupiła w sklepie dla ciężarnej siostry. Bohaterowie odwiedzają dawne miejsca. Mają w pamięci ważne sprawy, ale również te zupełnie błahe, które ich łączyły. Z każdą mijającą godziną czują coraz bardziej, jak bardzo są sobie bliscy. Nadal. Rozpoczynają swego rodzaju grę, w której odgrywają swoje role sprzed dwudziestu kilku lat. Staje się ona niebezpieczna. Jim jest sam, a Amanda żyje w małżeństwie ze sporo starszym dobrym i troskliwym mężem oraz wychowuje teraz już dorosłych pasierbów. Czy ich obecne życie jest szczęśliwe, czy lepsze czy gorsze od wspólnego, gdyby kiedyś podjęli inne decyzje?
„Blue Jay” to ładny i romantyczny film. Ale nie ckliwy. Wiem, że kiedy mamy tak zwane swoje lata, warto jest przenieść się do przeszłości, o której myślimy z sentymentem. I odkryć to, co zostało w nas z młodości. Nawet jeśli jest to tylko na chwilę. To możliwe.
Film „Blue Jay” dostępny na platformie Netflix.
Zdjęcie: netflix.com