Wydaje się, że jak się jest dorosłym mężczyzną, nie można aż tak trafnie oddać mentalności około dziesięcioletniego chłopca kierując się jedynie wyobraźnią i tworząc fikcję. A jednak książka „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filipa Zawady udowadnia, że się da.
Bardzo szczególnie pozytywnie zaskoczona inną pozycją autora „Gdyby nie czerń” postanowiłam spróbować czegoś jeszcze. Padło na kota. Choć nie o kocie to powieść.
Narrator opowieści, dziesięcio- czy jedenastoletni chłopiec, określany przez otoczenie znajdą, całe swoje życie spędza w przyklasztornym domu dziecka, prowadzonym przez zakonnice. Franek słusznie zastanawia się, jak można być znajdą, jeśli nigdy nie zostało się zgubionym.
Zastanawia się też nad innymi, na pozór błahymi sprawami oraz ma sporo trafnych spostrzeżeń na temat dorosłych, w tym również zakonnic.
– Może to się siostrze wydać dziwne, ale wiem, kiedy umrę.
– Kiedy?
– Kiedyś.
Ciekawe, że bardziej ją zaciekawiło, kiedy to nastąpi, a nie skąd o tym wiem.
Franciszek ma kota, któremu dał imię Szatan. Kiedy ksiądz na religii każe mu wymienić to, co uważa za dobre, Franek wymienia Pana Boga i Szatana. Za tę odpowiedź ksiądz odsyła go za karę do kąta.
Szatana nazwałem Szatan na cześć jego czarnej sierści. (…) Kiedy jestem z nim, staram się zachowywać jak on. Nie pytać, nie odpowiadać, tylko zazdrościć sobie samemu wszystkiego dookoła. Czasami mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo jest to przyjemne uczucie, a wiem, że inni tego nie mają. Na przykład dzieci w Afryce, bo one zawsze mają wszystkiego najmniej. Może poza biedą. Jej mają pod dostatkiem. Wyrzuty sumienia biorą się stąd, że dobrym samopoczuciem nie można się podzielić z innymi. Kradzionym lizakiem można, ale trzeba się umówić, kto po której stronie liże, żeby nie przekazywać sobie zarazków.
Książka Filipa Zawady jest przewrotnie mądra, napisana tak, że czyta się ją nie zauważając, że nadchodzi koniec. A jego bohater – świetny opowiadacz bajek, historyjek i mistrz stwarzania dygresji swoim humorem broni się przed światem. Światem, który dla takiego dziecka, jak on, nie jest łaskawy. Bystre oko i bezlitosne obnażanie obłudy i niejasności świata dorosłych, Franek zawija momentami w kolorowe papierki lizaków. A czasami bywa dosłowny. O tak trafne, mądre spostrzeżenia pełne żalu do niedoskonałości i niesprawiedliwości świata, a zarazem punktujące jego absurd, podejrzewalibyśmy raczej człowieka u schyłku bardzo długiego życia, a nie dziecka. I to jeszcze żyjącego w dość ograniczonej przestrzeni.
Filip Zawada pisze bardzo prostym językiem. A jednak tak barwnym, pełnym ironii, humoru, że od pierwszych stron wie się, że ma się do czynienia z wyjątkową i empatyczną literaturą. Ma ogromną umiejętność nazywania pozornie zwykłych rzeczy czymś, co udowadnia, że takie błahe nie są. A swojego bohatera – małego Franka – czyni królem słów na tyle przekonywującym, że aż chce się go przygarnąć na dłużej.
Inna ciekawa pozycja autora, o której też piszę na tym blogu to: „Z punktu widzenia ziemniaka”.