Do większości wiosek, wioseczek czy pojedynczych chatek ulokowanych nad tym albańskim jeziorem można dotrzeć tylko łodziami. Mimo, że zbiornik jest dość nowy (powstał w latach 80. XX wieku, kiedy na rzece Drin wybudowano elektrownię wodną wraz ze sporą zaporą) zamieszkuje go wiele dzikich zwierząt. To m.in. szakal, lis rudy, wydra europejska oraz sporo gatunków ptaków (m.in. zimorodek, czapla, dudek). Jezioro Koman oferuje więcej atrakcji, ale główną jest na pewno rejs łodziami, które wprost niosą turystów (prędkość jest imponująca) do doliny rzeki Shala.
Na łódź wsiadłam w maleńkim porcie przy zaporze. To była fantastyczna podróż. Cudnie szmaragdowa, miejscami turkusowa woda jeziora wije się pokonując wiele zakrętów i mijając sporo malowniczych zatoczek. Otaczają ją w dużej części pionowe, wysokie skały. Dlatego to miejsce zwane jest Albańską Tajlandią. Po tej ok. półtoragodzinnej przejażdżce wysiada się z łodzi w dolinie rzeki Shala (jednej z zasilających jezioro).
Dolina tej rzeki natychmiast przywołała mi na myśl jakąś hipisowską enklawę: spokój, pianie kogutów, czarne kury chodzące z pisklakami po kamieniach, kołyszące się hamaki, drewniane, chwiejące się mostki, obłędnie przeźroczysta woda rzeki, tlące się słabo ogniska i specyficzna, cicho grająca muzyka. Tajemniczości temu miejscu dodaje fakt, że to brama do słynnych Gór Przeklętych. Miałam szczęście być tam poza szczytem sezonu – pod koniec września. Po drodze minęło nas niewiele łodzi, a w dolinie rzeki Shala było pusto, bardzo spokojnie i urzekająco.