Detektyw Carl Morck nie ma w edynburskiej policji, w której pracuje zbyt wielu wielbicieli. Niewiele osób darzy go – można tak powiedzieć – skomplikowaną sympatią. Jest arogancki, bezpośredni, narcystyczny, bywa nieznośny. Typowy mizantrop. Jest też bystry i dociekliwy, jak przystało na rasowego śledczego, w rasowym kryminale. Bowiem serial „Dept. Q” właśnie taki jest.
W strzelaninie, w której Morck uczestniczył i został ranny, zginął też młody policjant, a partner Morcka został sparaliżowany. Po tym zajściu Morck zostaje zesłany do policyjnej piwnicy. Dosłownie. Tam ma zająć się niewyjaśnionymi sprawami, które pokryły się już kurzem i nikt ich tykać nie chce. Staje się szefem niewielkiego, w dużej mierze przypadkowo skompletowanego zespołu, na który składają się szczególne osobowości. Oprócz Morcka jest Akram, Rose i James. Cała czwórka zanurza się w sprawę dawno zaginionej prokuratorki, której losy śledzimy równolegle z działaniami Dept. Q. Wszystkie postacie są jakby z osobnych światów. Każda z nich to inny sposób czasem pokrętnego myślenia i postępowania. I każda z nich ma to coś, co przyciągało mnie do każdego kolejnego odcinka.
Różne punkty widzenia, przeplatające się perspektywy czasowe no i sama zbrodnia – niezwykle pomysłowa, a może można ją nazwać wręcz fantazyjną. Z czasem te różne osobowości znajdują wspólny język. Oprócz obserwowania ich działań patrzymy na mozolną naukę partnerstwa, cieplejszych gestów i po prostu bardziej ludzkich odruchów. Mam nadzieję, że Dept. Q powróci z kolejnym sezonem i kolejnymi zakurzonymi aktami, bo polubiłam jego bohaterów i jego szorstki nastrój.
Serial „Dept. Q” dostępny na platformie Netflix.
zdjęcie: netflix.com