Mój wpis na tym blogu na temat tej niezwykłej opowieści, jaką jest książka „Była sobie rzeka” Diane Setterfield mógłby zacząć się tak:
„Dawno temu, przez dziesięć, a może trzydzieści lat, zależy, kogo o to zapytać (…).”
Mógłby, gdybym miała taki talent jak pani Setterfield. I taką pomysłowość, jeśli chodzi o pisanie i opowiadanie historii. Jej książka jest perłą językową, stylistyczną i narracyjną. Przeczytajcie fragmenty, które cytuję poniżej tego wpisu, a które dotyczą tylko opisu rzeki. Książka jest prawdziwie magiczna, a to za sprawą pięknych zdań, ale również różnorakich, barwnych bohaterów (nie tylko pozytywnych, bo tych, którzy obnażają najbardziej podłe natury ludzkie również). Prawdziwie magiczna. Ot takie stwierdzenie, chociaż można z nim polemizować, bo czyż magia może być prawdziwa? Zależy kogo zapytać :).
Zacznę więc jeszcze raz:
W pewien zimowy wieczór do popularnej, ulokowanej nad Tamizą gospody „Pod Łabędziem” wchodzi ranny i mokry człowiek trzymający na rękach martwą, małą dziewczynkę. Wzbudza szok i niedowierzanie właścicieli oraz zgromadzonych biesiadników, którym w ten sposób przerwano tworzenie opowieści. Bowiem w ostatnich dekadach XIX wieku, kiedy dzieje się akcja książki, opowiadanie historii było ważnym elementem życia społecznego, a nauka zaczynała konkurować z folklorem i wierzeniami ludowymi.
Po kilku godzinach okazuje się, że dziewczynka żyje. Wiadomo to już w zapowiedzi książki, mogę więc zacytować tu poniżej pewne wyjaśnienie (pochodzące od autorki) i nie będzie ono spoilerem.
„Była sobie rzeka” i mężczyzna, który wnosi do gospody nieżywą, ociekającą wodą dziewczynkę, która ożywa.
„Czy ludzie naprawdę mogą utonąć i ożyć? No cóż, tak naprawdę nie, ale może się tak wydawać. Kiedy człowiek nagle zanurza się w zimnej wodzie, uruchamia się charakterystyczny dla ssaków odruch nurkowania. Spowalnia się metabolizm, a organizm hamuje krążenie krwi w kończynach i przekierowuje ją w większych ilościach do serca, mózgu i płuc. Spada częstotliwość skurczów serca, a tlen zostaje zmagazynowany do podtrzymywania podstawowych procesów życiowych, aby jak najdłużej utrzymać człowieka przy życiu. Bliska utonięcia osoba, wyciągnięta z lodowatej wody, wydaje się martwa. To fizjologiczne zjawisko opisano po raz pierwszy w czasopismach medycznych, w połowie dwudziestego wieku. Odruch nurkowania występuje prawdopodobnie u wszystkich ssaków, zarówno lądowych, jak i wodnych. Obserwowano go u dorosłych ludzi, lecz uważa się, że najgwałtowniej proces ten zachodzi u małych dzieci.”
Nie wiadomo skąd pochodzi dziewczynka, czyim jest dzieckiem, ani kim jest trzymający ją na rękach mężczyzna, bowiem po paru chwilach traci on przytomność. W kolejnych rozdziałach okazuje się, że pewne bogate, dobre małżeństwo, któremu porwano córeczkę, widzi w dziewczynce swoje cudem odnalezione dziecko. Farmer o bardzo dobrym sercu podejrzewa, że jest to jego wnuczka. A gospodyni pastora przekonana jest, że dziewczynka jest jej małą siostrzyczką. Jak jest naprawdę?
W górnym biegu Tamizy strumienie i potoki spływają z okolic, aby zasilić ją swoimi wodami i siłą pędu. Naszą historię również zasilą dopływy. W tej cichej godzinie przed wschodem słońca możemy zostawić na chwilę rzekę oraz tę długą noc i podążyć pod prąd jej dopływów, nie po to, by oglądać ich początki – tajemnicze i nieznane – lecz by zwyczajnie przekonać się, co robiły wczoraj.
Książka, której prądowi cudnie jest się poddać.
Opowiadacze historii, tych, które mają wyjaśnić zagadkę, kierowani „piórem” autorki, snują swoje opowieści w tej książce tak, jak ich towarzyszka rzeka snuje swoje wody. Dla ich dyskusji w karczmie, do których co jakiś czas wraca autorka – specjalny pokłon. Czasem robią dygresje, czasem zakręcają czy cofają się w swoich słowach, a momentami wzburzają. Opowiadacze są ciekawscy, a rzeka tajemnicza.
Dawno nie czytałam takiej książki, której zakończenia, a raczej rozwiązania zagadki, nie mogłam się tak bardzo doczekać. Chociaż na jej 476 stronach można co kilka tworzyć wiele hipotez, ale okazują się one za chwilę ślepą uliczką. Najpierw się rozchodzą, a potem powoli znikają jak kręgi na wodzie, do której wrzuci się kamyk.
Książka „Była sobie rzeka” choć jej opowieść bywa okrutna, mroczna i niepokojąco tajemnicza, zupełnie jak dziewiętnastowieczna Tamiza, na której brzegach dzieje się akcja, smakuje jednak jak kromka chleba z masłem i miodem, którą pamiętam tylko z dzieciństwa. Takie skojarzenie, bo chleb z miodem jest w tej opowieści nader zacnym i pożądanym poczęstunkiem, będącym rodzajem luksusu.
I jeszcze taka ciekawostka:
Technika kolodionowa, która jest jednym z ważnych „bohaterów” książki „Była sobie rzeka” to niezwykle pracochłonna technika fotograficzna stosowana od lat 50 do początku lat 80 XIX wieku. Polegała na naświetlaniu w aparacie fotograficznym szklanej płytki, która musiała być pokryta warstwą kolodionu (z zawieszonymi w niej halogenkami srebra). W wyniku tego, po wywołaniu, powstawał na niej negatywowy obraz. Po tym następowało drugie wywołanie i z tego powstawały odbitki na papierze solnym lub aluminiowym. Technika była kłopotliwa, ponieważ ze względu na powyższe konieczne działania, fotograf musiał udawać się wszędzie tam, gdzie chciał zrobić zdjęcia z ciemnią i wszystkimi innymi sprzętami i substancjami.
A teraz o rzece:
Każda rzeka na mapie wygląda nieskomplikowanie. Nasza zaczyna się na łące Trewsbury Mead i płynie dwieście trzydzieści sześć mil, aby wpaść do morza w Shoeburyness. Jednak każdy, kto zada sobie trud, aby mila po mili podążyć z jej biegiem, łodzią lub pieszo, odniesie wrażenie, że nie dąży ona zbyt uparcie w jednym obranym kierunku. W drodze okazuje się, że trwoni czas na czasochłonne pętle i okrężne wędrówki. Czasem przewrotnie zmienia kierunek, niekiedy płynie na północ, innym razem na południe, to znów na zachód, jakby zapomniała o swoim wschodnim punkcie przeznaczenia lub odkładała go na później. W Ashton Keynes rozdziela się na tyle strumieni, że każdy dom w okolicy musi mieć most prowadzący do własnych drzwi. Dalej, w okolicach Oksfordu, zatacza wielki, leniwy łuk, ale ma jeszcze w zanadrzu inne chimeryczne sztuczki: miejscami zwalnia i ospale dryfuje przez szerokie rozlewiska, aby po chwili znów przyspieszyć i z dawną niecierpliwością przeć do przodu. W Buscot rozdziela się na dwa bliźniacze strumienie, biorące w objęcia wielką połać terenów, po czym z powrotem zbiera swoje wody w jedno koryto.
Trudno to wyczytać z mapy, lecz reszta jest jeszcze trudniejsza. Rzeka, która płynie zawsze do przodu, przesącza się również na boki, nawadnia pola i ziemie na obydwu brzegach. Znajduje drogę do studni, a stamtąd do balii z halkami i filiżanek z herbatą. Wchłaniają ją korzenie, skąd od komórki do komórki przedostaje się na powierzchnię, przechowują ją liście rukwi wodnej, z którymi trafia na talerze i półmiski miejscowych stołowników. Z miseczek i filiżanek wędruje do ust, nasyca sieć skomplikowanych wewnętrznych układów, które same w sobie są całymi światami, aż w końcu przez nocniki powraca do ziemi. Gdzie indziej znów przykleja się do liści wierzb pochylających się, by dotknąć powierzchni rzeki, a potem, gdy wschodzi słońce, kropla rozpływa się w powietrzu, niewidzialna ulatuje w górę i może przyłączy się do chmury – wielkiego, szybującego jeziora – dopóki znowu nie spadnie na ziemię w postaci deszczu.
Dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o dawnej Tamizie, odsyłam, podobnie, jak autorka do strony jej pasjonata.
Przeczytałam. Zgadzam się z tobą. Piękna opowieść, jak wijąca się rzeka. Piękne słowa. Pomysłowa fabuła. Nawet trochę mroczny klimat wiktoriańskiej Anglii jest tu atutem.