Sutivan na wyspie Brač w Chorwacji.
Nie mogę ominąć wśród miejsc wyjątkowych przycupniętego nad samym morzem maleńkiego miasteczka Sutivan na chorwackiej wyspie Brač. Chorwację uwielbiam za setki rzeczy. Bywałam tam wiele razy, w różnych miejscach. Ale Sutivan darzę szczególnym uczuciem i nostalgią. Rzadko, a właściwie prawie nigdy nie jeżdżę w te same miejsca na wakacje, ale w Sutivanie byłam dwa razy przez kilka tygodni. Za każdym razem we wrześniu. Za pierwszym razem był to zupełnie spontaniczny, przypadkowy wybór. Cel wyspa Brač. A konkretna miejscówka miała się znaleźć po jeździe i szukaniu po wybrzeżu. I się znalazła. Dom z kilkoma apartamentami z tarasami zwróconymi ku morzu, z kilkudziesięcioma metrami do niekomercyjnych plaż oraz typowego chorwackiego wybrzeża z pomostami i schodkami prowadzącymi do turkusowej, obłędnie czystej wody. Nie mogę również nie wspomnieć o właścicielce domu – Ivance. Cudownej, pogodnej, gościnnej gospodyni, podkładającej nam figi pod drzwi lub grillującej dla nas sardynki.
Sutivan jest właściwie wioską, przez którą przebiega niewielkiej szerokości droga nad samym morzem, z odchodzącymi od niej kilkoma, przerażająco (dla nietamtejszych kierowców samochodów) wąskimi uliczkami oraz tzw. centrum, czyli maleńkim portem z kołyszącymi się skromnymi łódkami i kilkoma knajpkami. Wśród rybackich łódek najbardziej pamiętam niebieską, w której często krzątał się starszy pan (nazwałam go Tichomirem – od imienia syna Ivanki). Zaczęłam nawet kiedyś pisać zupełnie zmyśloną o nim historię.
Miejscówka, w której mieszkałam była typowym chorwackim, trzypiętrowym domem. Z tyłu sosnowe drzewa, z przodu ogrodu mnóstwo ogromnych krzewów rozmarynu, którego zapach już zawsze pewnie będzie mi się kojarzył z tym miejscem. Stąd pewnie mozolne, od kilku lat podejmowane próby utrzymania sadzonek rozmarynu w moim ogrodzie tak, aby przetrwały u nas zimy i rozrosły się tak, jak u Ivanki.
Prawie u podnóża domu była bardzo mała zatoczka, do której wpadałam z biegu, kładąc obok rower (kilkunastokilometrowa trasa biegnąca tam wzdłuż morza to temat na osobną opowieść). Tuż obok, na lewo była większa zatoka, z maleńką zaciszną, żwirkową plażą. A jeszcze dalej w lewo lekkie wzniesienie, coraz więcej sosen i wyboista dróżka, którą można bardzo szybko dojechać tylko rowerem (lub przejść pieszo) do zupełnie dzikich plaż, na których rzadko można było kogoś spotkać.
Ivanka między listopadem, a majem mieszkała w Zagrzebiu. Nie wiem, czy dom w Sutivanie jeszcze jest jej. Kiedy ostatni raz wyjeżdżałam, żegnała mnie z bukiecikiem rozmarynu ze swojego ogrodu.
Na zdjęciach jest dokładnie Sutivan i jego obrzeże, gdzie stał dom, w którym mieszkałam.