Z BOBRAMI MAMY WSPÓLNE INTERESY – z cyklu: mądrego to i warto posłuchać

Zapędy eksterminacyjne wobec bobrów miały miejsce już od początku średniowiecza. Bobry były cenne, bo można je było zjeść i ogrzać się dzięki ich futrom. Było też sporo przesądów z nimi związanych. Miały więc trudny czas przez setki lat, aż do lat 70. XX wieku, kiedy w Polsce i w Europie podjęto próbę odrodzenia tego gatunku. Choć nie udało się przywrócić takiego stanu populacji, jak kiedyś, to w latach 90. zaczęto się cieszyć z powrotu bobra w różne miejsca. Później znowu zaczęto patrzeć na te zwierzęta krytycznym wzrokiem, traktując je jak szkodnika, który wyrządza szkody – kopie nory, buduje tamy, ścina drzewa i kradnie rolnicze plony. Do tej nagonki dołączyli myśliwi, którym zależało na przywróceniu możliwości polowań.

Zła passa bobrów trwa nadal. W czasie niedawnej powodzi zostały one oskarżone o potęgowanie jej skutków. Premier powiedział, że trzeba likwidować bobry, bo dziurawią wały. Taki pogląd zresztą pokutował przez ostatnie dziesiątki lat. Na szczęście premier wycofał się ze swojej wypowiedzi, ale ta zdążyła napędzić dyskusję na ten temat na niewłaściwe tory. Przyjrzyjmy się temu, czy bobry rzeczywiście mają tyle „za uszami”.

Przede wszystkim bobry nie rozkopują wałów przeciwpowodziowych. Taka opinia pojawiła się, gdy dostrzeżono, że bobry, wraz ze wzbierającą się wodą, próbowały znaleźć sposób ucieczki, próbowały dostać się na najwyższe miejsca (na wały) i po prostu nie utonąć. Tak, jak ludzie. Bobry nie mieszkają na wałach, bo ich naturalnym siedliskiem są miejsca bezpośrednio sąsiadujące z wodą. A wały są za daleko od rzek.

Po drugie nie jest również tak, że skoro bobry powodują powstawanie rozlewisk, to te, przy większych opadach, mogą się rozlać i zatopić okolice, ponieważ rozlewiska bobrowe mają raczej stały poziom wody. W przypadku wielkich opadów, poziom rozlewiska może się trochę podnieść, ale szybko zaczyna wsiąkać w grunt blisko cieku i przybór wody jest mniejszy (woda wpływając do rozlewisk również traci swoją niszczącą energię). Jeśli pozbylibyśmy się szybko wody z jakiegoś terenu, przybierze ona gdzieś niżej i tam wyrządzi wielkie szkody.

Ostatnia powódź byłaby zapewne mniejsza, gdyby bobrów w Polsce było więcej. Zwiększyłaby się bowiem zdolność retencyjna zbiorników, które odprowadzają potem wodę do większych rzek. Spływa ona wolniej, a naturalne zapory na ciekach pomagają rozpraszać energię wody.

Po trzecie: to my, ludzie, zajmujemy miejsca, które są dla życia bobrów optymalne. Likwidujemy tereny bagienne i podmokłe, które bobry, gdyby nie zostały z nich przepędzone, mogłyby przywracać do środowiska, wpływać na bioróżnorodność.

Ogrom spraw jest jeszcze do zrobienia i naprawienia, jeśli chodzi o podejście do środowiska, a wraz z tym do wszystkich zwierząt. Ale odrobinę pocieszające czy budujące (à propos bohaterów tego tekstu) jest to, co chyba wszyscy zauważają: zwiększa się w tym zakresie wrażliwość i uwaga.

Bobry są potrzebne szczególnie na małych ciekach wodnych, od których zaczynają się powodzie i gdzie należy zatrzymywać wodę. Są pomocnikami w renaturalizacji ekosystemów, ambasadorami przywracania naturalności środowiska, jego opiekunami, a wręcz architektami środowiska, a to w duży sposób wpływa na ludzką gospodarkę. Inicjują wiele procesów naturalnych, które uwielbiają inne gatunki: czajki, bekasy, czaple białe czy nawet purpurowe, dzięcioły.

Wprawdzie świadomość ekologiczna wzrasta, ale ciągle istnieje frakcja, której bobry przeszkadzają. Mam nadzieję, że zanim będzie za późno dojrzeje ona do tego, by pojąć, że bobry nie są wrogiem, ale naszym sprzymierzeńcem.

zdjęcie: unsplash.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top