Spektakl „Skóra po dziadku” to kolejny dowód na to, że znane powiedzenie o tym, że najbardziej ciekawe czy niesamowite historie pisze życie, jest prawdziwe. Mateusz Pakuła – twórca spektaklu – kolejny raz udowodnił, że nie brakuje mu pomysłów, żeby owe historie opowiedzieć w nietuzinkowy sposób. To druga jego sztuka (obok „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”), którą oparł na historii rodzinnej. Obydwa spektakle zostały stworzone na podstawie jego książek.
Tym razem przenosimy się do początku lat pięćdziesiątych i rodzinnego miasta reżysera – Kielc. Jego wówczas kilkunastoletni dziadek za szczeniacki wybryk trafia do więzienia, a bardziej dosłownie do kieleckiej katowni. W wyciągnięciu chłopaka z tego straszliwego miejsca bierze udział kilka osób. Kto to zrobił i dlaczego – dowiadujemy się tego stopniowo obserwując ponurą scenę, która imituje wielką wyrwę w ziemi, jak po uderzeniu bomby.
Kilka lat wcześniej, dokładnie 4 lipca 1946 roku w Kielcach doszło do pogromu Żydów. Te wydarzenia w spektaklu łączą się ze sobą. Czy musimy czuć się odpowiedzialni za czyny naszych rodziców, dziadków czy pradziadków i winę dostajemy w spadku? Jakim potężnym narzędziem może być sam tłum, który kieruje się zasadą większości, gdzie swoją winę łatwo jest schować, kiedy łatwo można zrzucić odpowiedzialność na innych. Czy mniej poważne dylematy: dlaczego część aktorów w pewnych scenach ma maski wielkich gołębich głów? Cała historia nie jest jednoznaczna i do końca taka nie będzie.
Oprócz paru dosłownych masek Mateusz Pakuła nie przebiera swoich bohaterów. Są dosłowni. Używa prawdziwych imion i nazwisk, czy przydomków. To dość niesamowite – siedząc na widowni bardzo czuje się, że uczestniczy się w prawdziwych, a nie zagranych wydarzeniach. Momentami wchodzi się trochę w czyjeś życie, przygląda się mu. Jest w tym spektaklu nie tylko prawdziwa historia dziadka reżysera, ale też trochę wątków osobistych autora, które są po trochę dygresyjne, a trochę symboliczne. Choćby ten na temat sąsiadów Mateusza Pakuły, którzy doprowadzili do wyrzucenia na śmietnik wózka ich malutkiego synka. W spektaklu gra (podobnie jak w „Latającym Potworze Spaghetti”) Zuzanna Skolias-Pakuła, prywatnie żona reżysera.
„Skóra po dziadku” – niezwykłe, oryginalne środki wyrazu i ciarki na plecach.
Dość znamienna w spektaklu jest czasami zamiana ról – aktorki grają chwilami mężczyzn. Albo charakterystyczne (również momentami) prowadzenie dialogów. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie i dodają do nich didaskalia dialogowe czy wtrącenia narracyjne. Sztuka wzbogacona jest też o głosy z offu samego reżysera oraz Jana Peszka, który niektóre wydarzenia opowiada zza sceny, jako tytułowy dziadek.
Szczególnie poruszyło mnie włączenie do treści spektaklu „Akademii Pana Kleksa”. A ściślej rzecz ujmując, jej przewrotnej interpretacji Mateusza Pakuły. W dzieciństwie była to cudna bajka. Ale jak się nad tym zastanowić… Sztuka mięsa pompowana magiczną pompką, żeby była większa i żeby starczyło jedzenia dla wszystkich. Albo to, że w Akademii byli tylko sami chłopcy. Do czego nawiązywało nazwisko Kleks. Jan Brzechwa, nie zdołał ocalić wszystkich żydowskich dzieci, więc stworzył taką bajkową enklawę, żeby nie zwariować? Nie mogę zdradzić szczegółów tej niesamowitej interpretacji. „Profesor Ambroży Kleks jest największym zbiorowym wkładem żydowskiej asymilacji do polskiej zbiorowej wyobraźni” (prof. Michał Bilewicz z Wydziału Psychologii UW).
Trudno nie odczuwać szacunku dla autora spektaklu, który bez upiększeń, ale również z ogromnym sentymentem pochylił się nad historią swojej rodziny, pochodzeniem, miastem rodzinnym. Z czegoś takiego powstała wspaniała, poruszająca opowieść. Znowu przyszedł do mnie żal, że ja nie miałam w sobie dawno temu takiej ciekawości, jeśli chodzi o szczegóły historii przeżytych przez moje babcie czy dziadków. Byłyby tak cenne teraz. I może też stworzyłabym z nich wartościową opowieść.
Spektakl „Skóra po dziadku” w krakowskim Teatrze Łaźnia Nowa to wspaniale przeżyte trzy godziny (bez 15 minut przerwy). A monolog Jana Jurkowskiego wykrzyczany niewyobrażalnie mocnym głosem, mniej więcej pod koniec i któremu akompaniował fortepian (a przy nim znowu brat reżysera) powodował dosłowne ciarki na plecach.
Inne spektakle Mateusza Pakuły, o których piszę na blogu to: „Latający Potwór Spaghetti”, „Złote płyty”, „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję.”
Pierwszym zdaniem swojej opowieści Mateusz Pakuła zaznacza: „Zanim się dowiedziałem, kim właściwie są Żydzi, już byłem antysemitą. […] Przesiąkamy tym wszystkim, co w naszej społeczności oczywiste. Nasiąkamy jak piach tym, co podskórne, co właściwie nie musi być wypowiadane wprost. Wiadomo, że pedał jest czymś obrzydliwym. Wiadomo, że Żyd jest czymś obrzydliwym. Wiadomo, że nie jest kimś, tylko czymś”.
zdjęcie i cytaty: laznianowa.pl, onet.pl