Wcześniej nie wydawana. Pięknie napisana, czyta się dla samej przyjemności czytania tego pięknego języka, niż dla samej opowieści, choć i ona jest czuła, wyjątkowa, bliska.
Simone napisała tę książkę w 1954 r., 25 lat po nagłej śmierci swojej najbliższej przyjaciółki. Powieść nie została wówczas opublikowana, autorka nie nadała jej też tytułu. Dziś, kiedy została wydana, nie straciła na swojej bolesnej aktualności.
Dwie dziewczynki, które od 9. roku życia, łączy szczególna więź i porozumienie. Jednak niezależność i wyjątkowość, za którą Sylvie podziwia przyjaciółkę Andrée zostaje poddana próbie czasów, w których inność jest tłamszona i karana. Z mieszanki konwenansów i obłudnej religijności nie może wyniknąć nic dobrego. Oczywiście nasunęło mi się od razu skojarzenie z czterotomową powieścią Eleny Farrente /genialna-przyjaciolka-elena-ferrante
Oto piękny kawałek z początku książki:
„Jeśli mam w oczach łzy dziś wieczorem, to czy dlatego, że ty umarłaś, czy dlatego, że ja żyję? Powinnam ci zadedykować tę opowieść, ale wiem, że już nigdzie cię nie ma i że mówię tu do ciebie dzięki literackiej sztuczce. Zresztą nie jest to tak naprawdę twoja historia, lecz jedynie historia nami inspirowana. Nie byłaś Andrée, nie jestem tą Sylvie, która mówi w moim imieniu.”
I jeszcze cytat:
„Kocham róże; są kwiatami uroczystymi, które umierają, nie więdnąc, w ukłonie.”