Gdzieś kiedyś przeczytałam coś takiego: otaczaj się ludźmi, którzy mówią ci zadzwoń, jak dojedziesz, czy daj znać, jak dojedziesz – dowolnie, wiadomo, o co chodzi. Fajne to. O ile w bliskiej rodzinie to powszechne, to w kręgach znajomych, czy nawet przyjaciół, nie zawsze. Książka „Zadzwoń, jak dojedziesz” Jakuba Bączykowskiego używa tego tytułu w trochę innym znaczeniu. A może nawet nie innym, ale głębszym.
Od razu napiszę, że mam pewien problem w ocenieniu tej książki. Staram się na tym blogu opisywać swoje wrażenia o książkach, filmach, serialach czy spektaklach teatralnych naprawdę dla mnie wyjątkowych. Takich, o których myślę, że chciałabym, żeby zostały we mnie na dłużej, często pewnie na zawsze. Które coś we mnie poruszają, do czegoś mobilizują. Zarówno w sferze psychicznej, jak i fizycznej. O innych przeczytanych czy obejrzanych pozycjach po prostu tutaj nie wspominam. Często są przyzwoite, ale nie takie naj. W przypadku książek ogromnie ważny dla mnie jest także sposób, w jaki są napisane, język, styl. Czuję, że jestem w tym coraz bardziej wybredna, czy wymagająca. I tu dochodzę do początku tego akapitu. Z tym mam właśnie problem w przypadku książki Jakuba Bączykowskiego. Coś bliżej nieokreślonego mnie w niej drażniło, czegoś w niej zabrakło. To nie jest książka, w której zachwycałabym się różnymi nietypowymi sposobami ujęcia, cudnymi zdaniami, przenośniami itp. Ale…
Książka „Zadzwoń, jak dojedziesz” Jakuba Bączykowskiego – słów kilka o fabule.
W trzecią rocznicę śmierci żony i matki – Wandy, odwiedzają ojca – Ryszarda jego dojrzałe już dzieci. Najstarsza córka – Renata, średnia – Ania z mężem i synem oraz najmłodszy, czterdziestokilkuletni syn Mateusz z partnerem. Chcą jak zwykle powspominać mamę. Jednak to spotkanie stopniowo przeradza się w siatkę wzajemnych oskarżeń, pretensji, lęków. Powoli odkrywają się różne traumy i żale. Atmosfera w małym mieszkaniu na jednym z wrocławskich osiedli staje się coraz bardziej gęsta. Ciężkie rozmowy i kłótnie pomiędzy trójką rodzeństwa przeplatają się w książce ze smutnym monologiem Ryszarda, który jak się okazuje, przelewa on na papier. W formie listów do zmarłej żony.
Zarówno Renata, jak i Ania oraz Mateusz mają jakieś urazy do rodziców, cała trójka ma też swoją tajemnicę, którą albo boi się wyjawić reszcie albo kieruje się pewną strategią. Najważniejszą jednak osią spotkania jest sprawa opieki nad starszym ojcem, który najwyraźniej marnieje w oczach, co całe rodzeństwo spuszcza na karb tego, że tato nie radzi sobie z codziennym życiem. Ale czy tak jest naprawdę? Zarówno siostry, jak i brat to dobrzy ludzie. Mają dobre chęci. Ale też swoje życia, w których najwyraźniej nie ma miejsca na ojca. Każdy z nich pielęgnuje w myślach swoje usprawiedliwienie.
Dlaczego zdecydowałam się wspomnieć o książce „Zadzwoń, jak dojedziesz”, mimo wątpliwości, o których napisałam na początku? Ponieważ porusza ważny, niezwykle trudny temat. Jakimi dziećmi jesteśmy dla naszych rodziców. Czego i czy w ogóle mają prawo oni od nas wymagać, kiedy już dawno z roli podopiecznych przeszliśmy – teoretycznie – w rolę opiekunów. Czy mamy prawo oceniać kogoś i jak bardzo możemy się zdziwić robiąc to po pozorach. I wreszcie – jak bardzo można tęsknić?
Ten trudny temat ujęty jest przez autora z wielkim wyczuciem i uczuciem. Z wnikliwością również – zwłaszcza dotyczy to mądrości starszego pokolenia. A Jakub Bączykowski urodził się przecież dopiero na początku lat osiemdziesiątych. Sporo w niej melancholii, smutku i pytań, na które różne wersje odpowiedzi mogą pewnie podzielić niejedną rodzinę.
Przy okazji czytania tej książki przypomniały mi się dwa filmy, które poruszają ten sam temat – oczywiście w różny sposób. „Jego trzy córki” oraz „Strzępy”.