Podoba mi się ten tytuł. Tak, jak podobał mi się ten serial. Obejrzałam go z przyjemnością, ciekawością i poczuciem, że czas, jaki przeznaczyłam na jego oglądnięcie, nie był stracony.
Główny bohater „Porządnego człowieka” (w tej roli Krzysztof Czeczot) to uznany z – wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka – poukładanym życiem osobistym, kardiochirurg. Tak zwany prawy człowiek, który kieruje się w codzienności zasadami i wpojone ma to, co chyba większość ludzi, że pewnych granic się nie przekracza.
Okazuje się, jak to w życiu (bo serial „Porządny człowiek” życiowy jest na pewno, na pewno autentyczny), że od owych granic dzieli nas niewielka odległość. Zawsze kiedy oglądam filmy, w których normalni, ustabilizowani emocjonalnie bohaterowie przekraczają te granice, ogarnia mnie autentyczny strach. Czy mogę ręczyć za siebie, że nagle nie przejdę na drugą stronę mocy? Czy mogę ręczyć za moich bliskich, że tego nigdy nie zrobią? Absolutnie nie. I wierzę, że nie trzeba mieć za sobą traumatycznych przeżyć z przeszłości takich, jakie ma kardiochirurg Paweł. W serialu świetnie jest pokazane, z jaką łatwością się to dzieje. Jak można stracić kontrolę. Bez planu, bez zamierzeń. O takim przekraczaniu granic w byciu porządnym, dobrym opowiada też inny serial „Sprostowanie”.
Co podobało mi się szczególnie w „Porządnym człowieku”? Rola Krzysztofa Czeczota w roli Pawła. Świetnie grająca Magdalena Czerwińska w roli żony Pawła. Super dawał radę też młody, nieznany mi aktor Konrad Kąkol. No i Grzegorz Małecki w roli policjanta rozrabiaki, prywatnie szwagra głównego bohatera. Poza tym bardzo fajny scenariusz, zaskakujący, w którym dość szybko narasta napięcie. Również normalne dialogi, wiarygodne, a nie takie, które czasem słychać w filmach, zupełnie „z czapy”, kiedy wyrywa nam się na głos: kto tak w ogóle mówi?! No i nareszcie słychać to, co mówią aktorzy, a co jak wiemy, nie jest w polskich produkcjach normą.
Serial „Porządny człowiek” dostępny jest na platformie Max.
Zdjęcie: max.com