Serial ma fajną narrację prowadzoną przez przyjaciółkę głównego bohatera Toby’ego – Libby Epstein.
Historia kręci się wokół rozwodu Toby’ego i jego byłej żony Rachel – zmagania z rozpadem małżeństwa, rodzicielstwem i nowym życiem. Trochę mało charakterny jest główny bohater. Jego partnerka – żona – grająca przez Claire Danes, jak zwykle przejaskrawiona. Ona chyba jest skazana na granie postaci z różnymi zaburzeniami osobowości. I już zawsze będzie mi pasowała tylko do Homeland, którego wszystkie sezony oglądałam z ciekawością. Ale wracając do Fleishmana – sam temat, niby banalny (kryzys i rozpad związku) zupełnie niespodziewanie pokazany z dwóch stron. Najpierw kibicuje się głównemu bohaterowi, a potem jest nieoczekiwany zwrot akcji. Występują też bardzo fajne dzieciaki. Dużą rolę odgrywa wspomniana wyżej narratorka, którą polubiłam jako postać – przyjaciółka głównego bohatera. Jej monolog chyba w 6. odcinku jest tak prawdziwy, że aż boli. Można się w nim odnaleźć. W ogóle sporo mądrych, fajnych rozmów między przyjaciółmi. Wszystko jest pokazane bardzo autentycznie – tak to się wszystko zazwyczaj dzieje. Utkwiło mi w pamięci stwierdzenie, że romansu nie zaczyna się po to, aby kogoś skrzywdzić, tylko po to, by odnaleźć dawną siebie, co jest ciekawą kontrą do zdania z książki Jessie Burton „Wyznanie”. Coś w tym jest i nie dotyczy tylko romansów.
Serial pokazuje nie tylko punkt widzenia Toby’ego, ale także daje przestrzeń do zrozumienia Rachel. Trochę też jest kontrastów między dramatem, a humorem. Są retrospekcje i niechronologiczna narracja, dlatego fajnie stopniowo odkrywa się prawdziwe emocje i motywy działania bohaterów. Inteligentny, ale nieprzekombinowany w rozważaniach serial.