Kwestia imigracji, która dzisiaj znowu bardzo wybrzmiewa od strony amerykańskiej, nowej władzy, mogłaby być pretekstem do wznowienia wystawiania poruszającego spektaklu Teatru Starego, który oglądałam kilka lat temu i o którym zapomniałam wcześniej napisać.
Mam na myśli przedstawienie „Podopieczni”.
Wydarzeniem, które w 2012 roku zainspirowało jego autorkę – Elfriede Jelinek, było okupowanie wiedeńskiego kościoła Votivkirche przez nielegalnych imigrantów, którzy od wielu miesięcy czekali na przyznanie im prawa do pobytu w Austrii. Zostali oni ostatecznie wygnani z kościoła, kraju i z Europy.
Pomysł na „Podopiecznych” okazał się proroczy. Nie ma w nim indywidualnych bohaterów – liczy się bardziej głos zbiorowy tych, którzy na wskutek wojen, konfliktów i prześladowań najczęściej religijnych zmuszeni byli opuścić swoją ojczyznę. Aktorzy albo w monologach albo przyśpiewkach zadają pytania kierowane do rasistów i ksenofobów albo tych, których sprawy imigrantów zupełnie nie obchodzą. Również do osób, których niechęć jest często nieumotywowana niczym konkretnym. I dotyczy to mieszkańców wszystkich kontynentów.
Spektakl „Podopieczni”, ma jak na Teatr Stary przystało bardzo wymowną scenografię, a ubrani w pomarańczowe kombinezony i kapoki aktorzy oświetlają półmrok latarkami. Niektórzy odważnie wkraczają w publiczność. Dokładnie widać ich strach, niepewność, lęk przed tym, co ich czeka, a czego nie znają.
Szczególnym aktorem spektaklu (tych kilka lat temu) był Krzysztof Globisz, który po przebytym wylewie poruszał się na wózku inwalidzkim i zmagał z niedyspozycją również głosową. Niewyraźnie wypowiadane przez niego kwestie świetnie symbolizowały niemożność porozumienia się między imigrantami, a całą resztą świata. I nie chodzi tu tylko o barierę językową.
Spektaklowi towarzyszą niepokojące dźwięki muzyki granej na żywo – gitary basowej i saksofonu, co nadaje mu szczególnego klimatu.
- *Pier Paolo Pasolini
zdjęcie: stary.pl