Wiele jest pięknych komercyjnych i popularnych miejsc na świecie. Dużo z nich zrobiło na mnie wrażenie, część nie. Jednak najbardziej lubię te mniej znane, omijane przez turystów. Na wyjazdach wstępuję zaledwie do kilku zabytków, których wnętrza, widoki z zewnątrz oraz historię można poznać dokładnie w internecie. Bardziej ciągnie mnie do podglądania codziennego życia mieszkańców, obserwacji na ulicach, bazarach, wsiąkania w lokalne zwyczaje. Ta obca codzienność z jednej strony bywa tak podobna do mojej, a z drugiej tak bardzo inna. Taka codzienna, a zarazem inna jest Molfetta – prowincjonalna pocztówka z Apulii. Tak ją nazwałam.
Senna aczkolwiek nie do końca Molfetta.
Molfettę określiłam prowincjonalną, ale używając tego słowa mam na myśli same pozytywne cechy życia na prowincji. Nie jest popularna wśród innych znanych miast włoskiej Apulii. Jest jednym z największych miast w prowincji Bari i była zamieszkana już w okresie neolitu. Ma sporo pięknych budowli – głównie sakralnych – których we Włoszech jest ogromna ilość. Stare Miasto pełne jest uroczych uliczek i kamienic, których żółtawy kamienny kolor ożywiają kolorowe okiennice, drzwi, tabliczki i kwiaty. Nie brakuje restauracji i mniejszych knajpek, barów i sklepików, które po sjeście tętnią życiem. Miasto ma też spory port – już w średniowieczu Molfetta stawała się strategicznym miejscem morskiej wymiany handlowej.
Powyższe słowa mogą odnosić się do setek innych włoskich i nie tylko miast i miasteczek. Ale ja chcę napisać o czymś innym. W Apulii byłam w kilku miejscach i spędziłam tam tydzień. Jednak poza codziennymi wycieczkami właśnie wspomniane na początku podglądanie miejskiej codzienności Molfetty, było moim ulubionym zajęciem.
Mieszkańcami miasta są w większości raczej starsi ludzie. To oni głównie wyglądają rano przez okna swoich mieszkań albo zza mini balkoników-barierek, które bezpośrednio odgradzają wejście do mieszkania od ulicy, obserwują takich nowych osobników, jak na przykład ja. Przesiadują przed małymi ciemnymi barami, palą papierosy, głośno rozmawiają, piją piwo. Nad głowami przechodniów, na wyciągniętych z okien suszarkach kołysze się pranie, którego świeży zapach czuć w wielu uliczkach. Co kilkadziesiąt metrów macelleria, salumeria, pasticceria, paneteria – wystarczy uchylić jedną z zasłon z koralików i wsunąć jedynie głowę, a natychmiast jest się wciąganym przez sprzedawcę do wnętrza. Jest bardzo fajna enoteca, czyli winiarnia i kilka sklepików z lokalnymi produktami – wędlinami i wieloma rodzajami serów (bardzo dobry, nieprzesolony wędzony o wyglądzie mniejszych lub większych baloników). Prawdopodobnie codziennie do portu przypływają kutry z rybami i owocami morza sprzedawanymi bezpośrednio lub na przyportowym targu.
Dalsze części wpisu znajdują się pod zdjęciami.
Po warzywa i owoce do Molfetty.
Jednak na osobną opowieść zasługują tamtejsze sklepo – stragany owocowo – warzywne. Ten, który odwiedzałam prawie codziennie, to ulokowany może 100 metrów, od miejsca, w którym mieszkałam. Mogłabym się żywić wspaniałymi smakami pochodzącymi z niego przez cały tydzień pobytu, jeśli nigdzie z Molfetty bym nie wyjeżdżała. Niektórych owoców i warzyw nie byłam w stanie zidentyfikować. Z boku straganu stał stosik zwykłych, plastikowych misek (takich do prania), z którymi chodziło się między ladami, półkami i do których wkładało się produkty. Z misek tych sprzedawca wyciągał wybrane warzywa i owoce do ważenia.
Molfetta – swojska, bezpieczna, urzekająca.
W takim miasteczku, jak Molfetta bardzo szybko przestaje się być anonimowym – sprzedawcy już na drugi dzień wiedzą, który rodzaj papierosów lubi klient, czy ma własną torbę, czy dać mu reklamówkę, na każdym kroku jest się witanym wesołymi okrzykami.
Rankami i wieczorami miasto jest gwarne, ruchliwe – słychać nawoływanie handlarzy, okrzyki mężczyzn, którzy sprzedają świeże mule albo tych, którzy na rozłożonych na murkach kartonach (pewnie dla izolacji od zimnego jeszcze w marcu kamienia) siedzą i grają w karty. W środku dnia, w porze sjesty miasto zamiera, większość sklepików, stoisk się zamyka, a ciszę przerywa tylko dźwięk z wieży kościoła, który słychać o wielu, bliżej nieokreślonych godzinach. W miejskim parku nad głowami przelatują zielone, hałaśliwe papugi. Po kilku dniach czułam się, jakbym mieszkała tam przynajmniej miesiąc.
Ja też uwielbiam takie mniej oczywiste miejsca! Twój opis sprawił, że mam ochotę natychmiast ponownie przenieść się do Molfetty. Dla mnie też najfajniejsza była możliwość obserwowania codziennego życia mieszkańców, dzięki temu choć odrobinę mogłam wsiąkać w lokalny klimat. Zapamiętam to miejsce na zawsze.
🙂