Mokradła – książka Marii Turtschaninoff to opowieść pod jednym z najtrafniejszych tytułów. Wciąga jak bagno. Ale w pozytywnym sensie.
Nie sugeruję się zbytnio opisami książek na ich tylnych okładkach. Są często bardzo komercyjne, czasem za dużo zdradzają, a czasem nijak mają się do treści, jakby pisał je ktoś, kto w ogóle książki nie czytał. Jednak tym razem zrobię wyjątek i pozwolę sobie zacytować spory fragment takiego opisu, pochodzący z książki wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie (z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich). To zarazem fragment z jej przedostatniego rozdziału. Jest akuratny i magiczny, jak cała ta piękna opowieść.
Moglibyśmy zniknąć. Może jesteśmy właśnie na najlepszej drodze. Tyle gatunków zrobiło to przed nami. Dlaczego z ludźmi miałoby być inaczej? To miejsce jednak nie zniknie. Zmieni się, ale nadal tu będzie. Nevabacka jest małym gospodarstwem położonym na północy Finlandii. Roi się tutaj od złocistych malin moroszek, okoliczne lasy pełne są dzikich niemal mitycznych zwierząt, a nad pobliskim mokradłem, które stanowi centrum opowieści, słychać klangor żurawia. Przyroda jest niezmienna, podczas gdy mieszkańcy przychodzą i odchodzą. Niczym ważki: dzisiaj są, a jutro umierają.
Cała historia prowadzi nas od XVII wieku po czasy współczesne. Jej początki, kiedy pewien wojak Mattsson jako zapłatę za służbę Koronie otrzymuje ziemię przywołały mi na myśl film „Bękart”, o którym piszę tutaj, bo w nim główny bohater także otrzymuje ziemię, z którą musi się zmagać, by uczynić ją urodzajną. W filmie tłem była dawna Jutlandia, w książce mamy Finlandię. I tu i tu mamy też silne powiązania ze Szwecją.
Maria Turtschaninoff wpadła na wspaniały pomysł ze zmianą stylu pisania i języka. W miarę upływającego czasu, z rozdziału na rozdział, poprzez mijające wieki, staje się on coraz bardziej nowoczesny, bliski współczesnej mowie. Ten zmieniający się język wspaniale oddaje zmiany mentalności ludzi, którzy przychodzili i odchodzili. Świetnie spisała się również tłumaczka, a zadanie miała naprawdę trudne (warto przeczytać jej wyjaśnienie na początku książki, w którym opisuje, jak podeszła do tej wymagającej pracy).
„Mokradła” – książka Marii Turtschaninoff snuje opowieść o rodzinach, które na przestrzeni dziejów przewijają się przez wspomniane wcześniej gospodarstwo Nevabacka. Przeżywają wojny, wszelakie zawieruchy, klęski głodu związane z nieurodzajem czy ekstremalnymi warunkami atmosferycznymi.
W lipcu obfite deszcze utrudniły sianokosy, ale Jakobowi i mnie udało się niewielki stóg zebrać. W nocy z dwudziestego trzeciego na dwudziestego czwartego sierpnia złapał przymrozek, przez co liście ziemniaków poczerniały na nisko położonych polach, głównie we wsi kościelnej. Nam w Nevabacce zostało to oszczędzone. Nasze pola są wyżej, chroni je las. Dni były ciepłe, iście letnie. Żeby Jakob i Hugo mogli jesienią żyto siać, musieli pożyczyć beczkę ziarna z królewskiego magazynu, bo swojego ziarna nie mieliśmy. Mróz ściął wszystko trzeciego września. Kiełkujący jęczmień, który wyglądał tak obiecująco, całkowicie był wymrożony. Podobnie jak owies i ziemniaki.
Historie opisane w kolejnych rozdziałach są bardzo różne (jakże specyficzny zatytułowany Chleb i kamień), ale bohaterów łączą więzi. I łączy ich tajemniczy las i bagno, w którym – wg ówczesnych wierzeń – żyją Veatty, czyli skandynawskie ludy, niewidzialne dla człowieka, trzymające się w pobliżu ludzkich osad i chroniące przyrodę przed działaniem człowieka.
Zagroda pusta stała, a na liche skrawki pól rychło las jął wkraczać – las z czymś takim nie zwleka. Na przeszpiegi jeden czy dwa pędy posyła, a w kolejnym roku pędy te już na wysokość człowieka sięgają, jest ich tylko więcej i więcej, wkrótce dostrzec nie sposób, że niegdyś pole się tam znajdowało, że ktoś je orał, bronował, obsiewał.”
Tajemnicze istoty zamieszkujące bagna budzą w mieszkańcach lęk, ale potrafią pomóc, jeśli człowiek traktuje je z szacunkiem.
Cała książka jest hipnotyzująca, barwna jeśli chodzi o słowa, opisy, wciągająca, także czuła w stosunku do przyrody, potężnej i pełnej tajemnic. Ach te wszystkie tajemnicze rośliny i zwierzęta, od których dosłownie roi się w książce: cieciery, cietrzewie, rosomaki, machoszki, korzenie łącznia, oczerety, czermienie i wiele, wiele innych. Co chwilę musiałam posiłkować się internetem, żeby zobaczyć jak wyglądają.
Teraz, gdy jestem sama, las zdaje się na dom napierać. Tylko czeka. Czeka, aż my – ludzie – odejdziemy, a wtedy odzyska to, co niegdyś doń należało. Z pomocą korzeni i nasion będzie się zbliżać coraz bardziej, bardziej i bardziej.”
Z wielu stron książki na plan pierwszy wysuwa się ogromna wrażliwość autorki na przyrodę – czasem dosłowna, a czasem schowana w cieniu rozmyślań czy poczynań bohaterów. A ci wyłaniają się w kolejnych rozdziałach, jako kolejni przodkowie, których poznaliśmy już wcześniej, dużo młodszych.
Pewnej zimy narysował mapę i oznaczył na niej wszystkie powalone drzewa i drogę, którą on i Pricke ściągali do gospodarstwa pnie, i gdzie cieli je i rąbali na opał. (…) Zaznaczył, które drzewa zwieźli do tartaku. Przy każdym pniu stawiał mały krzyżyk. Była to ponura mapa. Nie lubił jej i schował ją na sam spód sterty.”
„Mokradła” – książka Marii Turtschaninoff – przepiękna, zaczarowana i baśniowa.
Zachęciłaś mnie. Przeczytam.
Super, cieszę się 🙂