Nie wiedziałam, czym dokładnie różni się gawron od kruka, dopóki nie przeczytałam tej książki. Oczywiście oprócz powszechnie znanej opinii, że kruk jest szlachetniejszy (cokolwiek to znaczy, jeśli chodzi o określanie zwierząt).
Od razu zaznaczam, że nie jest to książka o ptakach, nie jest z gatunku przyrodniczych – nic z tych rzeczy. Jedną z prawdziwych różnic (bowiem książka jest pełna absurdalnego, niesamowitego humoru) jest to, że kruk ma czarny dziób, który jest pokryty piórami, w przeciwieństwie do dziobu gawrona, który jest jasny i nie jest pokryty piórami. Gawron w „Gdyby nie czerń” Filipa Zawady jest narratorem książki – inteligentnym, dowcipnym, spostrzegawczym podglądaczem i komentatorem świata ludzi.
„Gdyby nie czerń” Filipa Zawady – zadziwiająca historia pewnej rodziny.
Gawron upatrzył sobie pewną rodzinę mieszkającą w niewielkim mieszkaniu w bloku. To rodzice: Halia i Andrzej, ich dzieci Róża i Trytek oraz mały Karl, który nie żyje z nimi. Mało tego, on nie żyje w ogóle, a jednak…
Jest jeszcze babcia – Edwarda. Halia otrzymała takie imię, dlatego, że jej świętujący urodziny córki sporą dawką alkoholu ojciec, nie bardzo radził sobie z wymówieniem prawidłowego imienia w Urzędzie Stanu Cywilnego. A Edwarda miała być chłopcem. Generalnie sporo różnych dziwności w tej rodzinie i jakąkolwiek bym teraz przybliżyła, zepsułabym przyjemność czytania.
Gawron obserwuje rodzinę na przestrzeni lat. Przypatruje się i komentuje jej dolę i niedolę. Z tej ostatniej się nawet cieszy. Nie lubi bowiem ludzi i nie życzy im dobrze. Źródłem jego niechęci jest to, że właśnie ludzie nabijali na sztachety płotów jego rodziców, rodzeństwo, aby ten widok zniechęcał inne ptaki do wyjadania ziarna. Kto ma lub miał dziadków mieszkających na wsiach i kto ich odwiedzał w dzieciństwie, może o tym wie i sam przypatrywał się temu procederowi.
„Gdyby nie czerń” – przewrotna saga rodzinna, która toczy się również w zaświatach.
W obserwowanej rodzinie rodzą się jej nowi członkowie, a niektórzy umierają. Gawron ma więc okazję do obserwacji ich życia również poza tym doczesnym, a konkretnie ich losu i postępowania w czyśćcu. Komentuje wszystko z humorem, zadaje egzystencjalne pytania i budzi emocje. Ale też opowiada o sobie. Co można potraktować z przymrużeniem oka albo się nad tym zastanowić. Przekonuje, że tylko gawrony są w stanie wędrować między światami żywych i umarłych. To im przypadło zadanie przeprowadzenia dusz zmarłych. Dawniej sądzono, że to kruki, ale one, dzięki swojej inteligencji wykombinowały, jak zrzucić to zadanie na gawrony. Może za kilka pokoleń nikt nie odróżni kruka od gawrona (choć z biologicznego punktu widzenia to niemożliwe). Kruki przestały się obnosić ze swoją inteligencją, a gawrony zaczęły udawać bardziej mądrych niż są. Zaczęły żyć wśród ludzi i przez to lepiej jeść, co spowodowało, że bardziej upodobniły się do kruków. Po czasie okazało się, że mimo inteligencji, o którą podejrzewa się kruki, gawrony okazały się sprytniejsze i nie dały się wykiwać.
Gdyby nie bystry umysł pewnego gawrona…
… nie powstałaby ta zadziwiająca książka. Cieszę się, że po nią sięgnęłam. Usłyszałam o niej w radiu i zainteresował mnie gawron, jako narrator. Miałam jakieś wyobrażenie, ale ta opowieść okazała się zupełnie czymś innym. Ogromnie przewrotnym i naprawdę niezwykłym. Nie mogłam nie zainteresować się też autorem – Filip Zawada jest prozaikiem, ale też poetą, fotografem, reżyserem, aktorem, muzykiem i basistą zespołu Pustki, którego przecież słuchałam kiedyś.
Na koniec wrócę jeszcze do rozważań narratora gawrona. Jego przenikliwość i poczucie humoru wyrażały się w książce wiele razy. Na przykład tak:
Nasz spryt i jasność myślenia przejawiają się również w tym, że w przeciwieństwie do innych gatunków potrafimy przetrwać, a czy to nie jest najważniejsze w życiu doczesnym? Mieliśmy taką zdolność odkąd pamiętam. Wystarczy sobie przypomnieć biblijny potop. Czy Noe zabrał gawrony na arkę? Oczywiście, że nie. Wszyscy chcieli zapomnieć o naszym gatunku. Brzydki głos, beznadziejne maniery, złośliwość, paskudny kolor piór. Ogólnie nasza szkaradność nie pasowała do wizji raju, jaki miał się wyłonić po ustąpieniu wód. To dlatego nikt nas nie zapraszał do przetrwania.
Mimo to, nasz praojciec i nasza pramatka wprosili się na arkę. Całą burzę przetrwali w bocianim gnieździe. (…) Podczas gdy targała nimi wichura i odbijali się od ściany do ściany, słonie zajadały się jabłkami i ciepłym ryżem. Od tego momentu stało się jasne, że zapraszać nas nigdzie nie trzeba, sami sobie poradzimy i przetrwamy. A słonie zostaną wymordowane z powodu ich, pożal się Boże, kości. Nigdy nie wróżyłem świetlanej przyszłości temu, co jest cenne dla ludzi.
Inna niebanalna, cudna książka Filipa Zawady, o której piszę na tym blogu to: „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”.
Oraz także wyjątkowa: „Z punktu widzenia ziemniaka”.
„Gdyby nie czerń” – „z języka gawronów przetłumaczył Filip Zawada”. Wydawnictwo Znak.