Film „Światłoczuła” zadaje pytanie: czy świat, w którym – jak tylko możemy się domyślać – nie istnieją realne obrazy, może połączyć się ze światem, w którym to właśnie obrazy grają główną rolę? I to w czułym, romantycznym związku, gdzie emocje są równie silne, co różnice między bohaterami?
Ona – niezwykle pozytywna, otwarta, prowadząca zajęcia z tzw. trudną młodzieżą młoda kobieta – jest niewidoma. On – zamknięty w sobie, stroniący od wszystkiego poza perfekcyjnymi kadrami, głębią, ostrością i balansami – to młody fotograf.
Agata zdaje się pogodzona ze swoim losem i potrafi czerpać z życia wszystko to, co tylko można z niego wyłowić. Mimo tak ogromnego ograniczenia, jakim jest niewidomość. Robert natomiast odnosi sukcesy w swojej branży, stać go niemal na wszystko I choć zakochuje się, to jednak – kierując się dobrą wolą, szczerymi chęciami – zaczyna ingerować w jej życie. Próbuje „naprawić” jej niepełnosprawność, która w jej przypadku być może zasługuje raczej na ujęcie w cudzysłów.
Działa „dla jej dobra”, ale – paradoksalnie – to właśnie ona zdaje się lepiej radzić sobie z codziennością. Choć jej sytuacja wydaje się na pozór trudniejsza niż jego, to jednak wewnętrzna siła, jaką nosi w sobie, stawia ją często o krok przed Robertem.
To naprawdę ładny film – z piękną, subtelną rolą Matyldy Giegżno jako Agaty. Z niebanalnym romansem w centrum, który nie jest ani przesłodzony, ani naiwny. Raczej prawdziwy, głęboko emocjonalny i pełen wątpliwości, które nie są przekłamane. Rodzą się one nie tylko na ekranie, ale również w głowach co czulszych widzów.
A tytuł – jakże trafny i wymowny – łączy w sobie dwie na pozór odległe sfery: niewidomość i fotografię, czyniąc z nich metaforę miłości opartej nie na patrzeniu, lecz na czuciu.
Film „Światłoczuła”. Reżyseria Tadeusz Śliwa. Dostępny na platformie Netflix.
Zdjęcie: filmweb.pl