W film „Strzępy” Beaty Dzianowicz Alzheimer wkracza, jak wszędzie – nieproszony. Konkretnie do niewielkiej, całkiem zwyczajnej, a zarazem niezwyczajnej, sympatycznej rodziny. Małżeństwo: Bogna i Adam, z szesnastoletnią córką Zoją i ojcem Adama – Gerardem, mieszkają razem, w niewielkim, osiedlowym mieszkaniu, na Śląsku. Adam jest nauczycielem historii (w tej roli fajny, jak zwykle, Michał Żurawski), w szkole średniej. Jego ojciec jest profesorem i wykładowcą na wyższej uczelni. To właśnie u tego ostatniego pojawiają się objawy chorobowe. Czy choroba Alzheimera ma szczególnie drastyczny przebieg u osób wybitnie, szczególnie wykształconych, w stosunku do tych bardziej zwyczajnych? Jasne, że nie. Ale wybór zawodu Gerarda jest zapewne znamienny w scenariuszu tego filmu. Rodzina Gerarda bardzo dotkliwie odczuwa skutki choroby i każdy z jej członków radzi sobie z nimi inaczej. Ale żadnemu z nich nie można odmówić dobrych chęci i zwykłej szlachetności.
Choroba Gerarda rozwija się w filmie zatrważająco szybko. Podobnie, jak nam wszystkim mijają w życiu pory roku. Właśnie na nie podzielone są części filmu. Równie szybko kiełkują – chyba u większości widzów – myśli: co będzie, gdy ja też będę mieć TO? Tym krótkim słowem jest nazywana w filmie choroba, której imienia jego bohaterowie boją się używać, jak gdyby samo jego wypowiedzenie, było zaraźliwe. Zaraźliwe nie jest, ale z pewnością choroba może mieć w wielu przypadkach podłoże genetyczne. Nikt nie chce jednak takiego spadku, nawet po najukochańszej osobie. I w filmie i w życiu.
W filmie „Strzępy” dużo jest rzeczy pozytywnych i sporo negatywnych, wiele prawdziwych i boleśnie realnych, dobrych, życiowych i wiele okrutnych. Dużo w nim wstrząsających scen, takich wprost nie do uwierzenia. I chyba tylko osoby, które bezpośrednio zetknęły się z tą chorobą za pośrednictwem bliskiej osoby, wiedzą, że nic tu nie było przesadzone. I tak to dramatycznie wygląda naprawdę. Adam musi podjąć diabelsko trudną decyzję i wybrać między niekwestionowaną, ogromną miłością i czułością w stosunku do ojca, a dobrem żony i córki.
Film „Strzępy” to też piękne ujęcia – trochę przyrody i trochę magii zwyczajnych przedmiotów i zjawisk. Ale najważniejsza, najmocniejsza, wręcz niewiarygodnie bliska i mocna jest relacja syna z ojcem. Film otwiera kilka scen, które to już od początku podkreślają. I podobnie jest ze scenami ostatnimi. To wstrząsający obraz, mocny, bardzo dobrze zagrany. I uświadamiający widzowi, jak bardzo nie jesteśmy przygotowani na coś takiego, mimo, że wydaje nam się, że nad wszystkim panujemy.
O innym filmie również poruszającym temat choroby Alzheimera, ale bardziej pogodnym „Żyj dwa razy, kochaj raz” piszę tutaj.
Film „Strzępy” Beaty Dzianowicz, dostępny na platformie Netflix.
O radzeniu sobie z ciężkimi chorobami, stanami bliskich jest również film „Jego trzy córki” lub spektakl „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”.
Zdjęcie: filmweb.pl