Ten dość szczególny tytuł chodził mi po głowie od dawna. Potem gdzieś błądził, zapominałam o nim. I teraz się na szczęście odnalazł. Bo film „Nić widmo” jest przede wszystkim o ogromnej pasji, a to zawsze lubię podpatrywać. W kinie, jak w przypadku tego filmu, można sobie pozwolić nawet na przesadę, na obsesję, na skrajności w tej pasji. W życiu zapewne byłoby to już cięższe do zniesienia.
Reynolds Woodcock jest cenionym w Londynie krawcem i projektantem mody. Jego świat tkanin, wzorów, form jest dla współczesnego widza specyficzny, bo akcja filmu dzieje się w latach 50. XX wieku. Zwłaszcza, że krawiec szyje stroje spektakularne – dla dam, księżniczek, na specjalne okazje. Zawód jest jego pasją, której podporządkowuje całe życie, swoją codzienność. Również codzienność tych osób, które są w jego najbliższym otoczeniu. Jest w nim jego wierna, lojalna siostra, która z nim mieszka i nie ma poza tym niczego innego. Pewnego dnia pojawia się w nim również młoda (sporo młodsza od starszego już Reynoldsa) kelnerka – Alma. W życiu Reynoldsa przewija się sporo kobiet, które traktuje jako inspiracje. Ale z żadną nie wiąże się bardziej i przez długie lata pozostaje kawalerem. Dopiero Alma wprowadzi – wydawać by się mogło na początku – subtelną, ale jak się okaże później mocno wywrotową rewolucję w życiu krawca. Reynolds z pozoru ma władzę, charyzmę, a tak naprawdę jest obiektem manipulacji.
Film „Nić widmo” jest o zagmatwanych uczuciach, obsesjach i natręctwach. O współzależności. To bardzo wnikliwy obraz, pełen niesamowitych ujęć, detalów, zdjęć. Od razu przyszedł mi na myśl (pokrewny treściowo, bo też dziejący się w świecie tkanin), nie tak dawno oglądany film „Turkusowa suknia”. „Nić widmo” to też, a może przede wszystkim rewelacyjne aktorstwo – Daniel Day-Lewis w roli Reynoldsa i Vicky Krieps w roli Almy.
Film „Nić widmo” (reżyseria i scenariusz Paul Thomas Anderson) dostępny na platformie MAX.
Zdjęcie: filmweb.pl