Druga połowa lat 40. XX wieku, biedny Neapol z zaśmieconymi ulicami, chaosem, błąkającymi się dziećmi próbującymi coś zarobić najczęściej w nielegalny sposób. Antonietta jest matką wychowującą samotnie 9-letniego syna. Amerigo jest do matki bardzo przywiązany i myśli o niej, że jest najpiękniejszą kobietą w Neapolu, jeśli nie na całym świecie, a on dla niej jest „skaraniem boskim”.
Na miasto spadają bomby, ale jak się wydaje, nie one są największym dramatem mieszkających tam ludzi, bo większym okazuje się wszechobecna bieda i przerażające warunki mieszkaniowe.
Antonietta podejmuje trudną decyzję. Wysyła (wraz z innymi dziećmi) Amerigo na północ, aby tam zaopiekowała się nim jakaś bogatsza rodzina. Na jakiś czas. Dzieci ruszają pociągiem pod opieką ówczesnych działaczek i działaczy komunistycznych i na północy są rozdzielane wśród czekających na nich nowych, a raczej tymczasowych rodziców. Po Amerigo nikt się nie zgłasza, są jakieś ubytki w organizacji, dlatego trafia pod opiekę przypadkowej kobiety, która sama nie ma dzieci i jest dość nieporadna w opiece nad chłopcem. Jednak przygarnia chłopca i na początku szorstkim, a później coraz bardziej czułym uczuciem go obdarza. Z wzajemnością. Amerigo jest serdecznie przyjęty przez rodzinę swojej opiekunki, ma trochę konfliktów z jednym z chłopców w rodzinie, ale dość szybko udaje im się zaprzyjaźnić. Amerigo je dobre posiłki, ma wreszcie swoje buty i ubrania, zaczyna chodzić do szkoły. Przyszywany wujek podarowuje mu własnoręcznie zrobione skrzypce – gdy zauważa, że chłopiec jest zainteresowany muzyką i zdeterminowany, żeby grać na instrumencie. Chłopiec czuje się zaopiekowany, zadbany i przywiązuje się do swojej nowej rodziny. Ale pora wracać. Przecież zboże z zielonego zrobiło się już żółte.
Rozpisałam się, więcej napisać nie mogę. Ładny ten film, wzruszający i poruszający. I na koniec to zdanie, które przewija się w opisach, recenzjach, które oddaje wiele: „ci, którzy nas kochają, nie zatrzymują nas, lecz pozwalają nam odejść”.
zdjęcie: unsplash.com