MOJE CHMURNE „PAŹDZIERNIKOWE” LATO

Dwudziestego czwartego maja wstałam bardzo wcześnie. Takie wczesne poranki zdarzają mi się od czasu do czasu. Szczególnie wiosną i latem. Zawsze czuję się wtedy wyjątkowo. Najpierw budzi mnie kakofonia ogrodowych ptasich śpiewów dochodząca zza otwartych dni balkonowych. Momentalnie pojawia się ekscytacja na myśl o wyjątkowo spokojnych rannych chwilach, kiedy większość osób, w których życie jestem zaangażowana jeszcze śpi. Schodzę cicho na dół, nalewam wody do czajnika i włączam go. Rozsuwam zasłony i na szczęście za nimi widzę to, co zwykle – zieleń i śmiesznie podskakujące na trawniku szpaki i kosy. Zaparzam herbatę rumiankową. Czasem wychodzę do ogrodu, aby podlać kwiaty w donicach. W maju kwitną już w pełnej okazałości, a cały ogród jest bardzo kolorowy.

W tamten majowy poranek usiadłam na sofie, z kubkiem herbaty i kontynuowałam poranne rytuały – prasówka, przeglądanie inspiracji książkowych, filmowych, teatralnych, podróżniczych, ogrodowych itd.

Po godzinie dziewiątej odezwał się dźwięk domofonu. Nasz przemiły, energiczny, mający w zanadrzu zawsze jakieś dobre słowo i zwracający się do nas po imieniu listonosz przyniósł list polecony z firmy, z którą (czy u której) robiłam kilka dni wcześniej mammografię (z Programu Wczesnego Wykrywania Raka Piersi). Kolejną po poprzedniej, którą robiłam 2 lata i 4 miesiące temu. W kopercie była kartka ze skierowaniem na pogłębioną diagnostykę, ponieważ mammografia w prawej piersi, na godzinie 10 pokazała zaburzenia architektury o średnicy 20 mm (BIRADS 0). W kopercie był też wykaz placówek, które w moim mieście tę pogłębioną diagnostykę wykonują.

Jakie towarzyszyły mi wtedy uczucia? Niedowierzanie z jednoczesnym uczuciem dziwnego spokoju. Ten ostatni mieszał się z jakąś przerażającą ulgą – oto właśnie coś się nagle zmienia, co odsuwa mnie od innych problemów, od dźwigania ciężarów różnych większych i mniejszych problemów bliskich mi osób, w które bywałam przez ostatnie kilkanaście lat zaangażowana i czasem zupełnie nimi przytłoczona. Na horyzoncie pojawił się mój problem – z założenia pewnie jeden z najstraszniejszych, bo związany z perspektywą utraty zdrowia i życia. I on wysunął się na plan pierwszy. Jak inaczej to wytłumaczyć? Nie wiem.

Przez najbliższą godzinę obdzwanialiśmy (mój mąż i moja mama, która akurat była u nas wtedy przez kilka dni) wymienione na liście placówki, aby dostać się na wskazaną pogłębioną diagnostykę. Działałam jak automat – odezwała się we mnie dyscyplina, którą chyba mam wrodzoną – muszę zrobić takie rzeczy dokładnie, wyczerpująco, jak należy. W kilku miejscach powiedziano nam, że nie jest jasne, dlaczego dana placówka znajduje się na tej liście, bo takiej pogłębionej diagnostyki nie prowadzi. W kilku innych okazało się, że terminy są na przyszły rok. Od rodziny dowiedzieliśmy się o jeszcze jednym miejscu, czyli Breast Unit na Kopernika, ale to nie było trafione. Dodzwonić się nie udało, więc pojechaliśmy i stamtąd znowu skierowano mnie w tej sprawie w inne miejsce, którego nie sposób było znaleźć, a ostatecznie okazało się być w Prokocimiu, więc po drugiej stronie miasta. Ostatecznie trafiłam do Centrum Medycyny Profilaktycznej na Bolesława Komorowskiego (w Krakowie). Tam osobiście zapisałam się na pogłębioną diagnostykę, w którą wliczono (jak się na miejscu okazało) MAM Tomosyntezę piersi (zdjęcie celowane), USG piersi i konsultację z onkologiem. Wyznaczono mi terminy odpowiednio: 12 czerwca, 21 czerwca i 3 lipca.

Działałam, jak robot, który ma wykonać zadanie. Tylko nie mogłam się wymeldować. Jak miła pani w okienku szukała dla mnie powyższych terminów, stałam spokojnie, czekając i jak usłyszałam datę 3 lipca (konsultacja z onkologiem) – dopiero zrobiło mi się okropnie przykro. Taki „prezent” w przeddzień moich urodzin. Przez sekundę, z przyzwyczajenia przemknęło mi przez myśl, aby poprosić o zmianę daty (jak to się czasem dzieje przy okazji różnych konsultacji lekarskich, które akurat nam nie bardzo pasują). Ale tym razem nie mogłam tego zmienić. Wtedy myślałam, że oto wtedy (na początku lipca) wszystko się rozstrzygnie. Jakże się myliłam.

Wróciliśmy do domu. Oczywiście przeszukiwałam internet w poszukiwaniu informacji, które miały mnie uspokoić lub coś rozstrzygnąć ostatecznie. Zaburzenia architektury ciągną za sobą najczęściej nowotwór złośliwy. Aczkolwiek skala BIRADS 0 o niczym nie świadczy. Wskazuje tylko na dalszą konieczność badań.

Wykonałam zadanie. Teraz pozostawało mi czekać. Ale wymyśliłam jeszcze, że zapiszę się na prywatną konsultację do mojej lekarki ginekolog, do której chodzę na kontrolę co roku i która jest jednocześnie onkologiem – jak najszybciej. I udało mi się już na 27 maja.

Wszystkie dni pomiędzy badaniami i konsultacją przeżyłam w mieszaninie lęku, stresu, paraliżujących myśli oraz skrawków nadziei na nie najgorsze. Siadywałam wpatrzona w ogród, w promieniach słońca i wiedziałam już, że ta późna wiosna i nadchodzące lato będą złe i ciężkie i że nic już tego nie odwróci. I było mi tak bardzo żal.

27 maja przyszłam na USG do mojej lekarki. Robiąc mi USG piersi opowiadała, że z tymi mammografiami bywa różnie, że miała taki przypadek ze swoją teściową, która miała robioną mammografię i ta wykazała coś niepokojącego, potem zdjęcie celowane, które to potwierdziło, lekarka robiła jej 2 razy USG i nic nie znalazła, potem biopsja i w końcu niczego złego nie znaleziono. W moim przypadku też nic nie znalazła: „w pani przypadku zmianę o wielkości 2 cm powinno być widać w USG, może padła pani ofiarą systemu”. „Trochę panią uspokoiłam, ale na mammografię celowaną i tak trzeba iść”. Oczywiście, oczywiście. Pójdę, bo przecież mam zadanie do wykonania i muszę je zrobić. Nie do końca rozumiałam słowa o systemie, nie do końca pamiętam słowa, bo poziom stresu kasował większość. Ale to wystarczyło, abym wyszła z gabinetu uskrzydlona nadzieją.

12 czerwca pojechałam na Tomosyntezę prawej piersi. Niepokój wrócił. W poczekalni było już bardzo źle. Zrobiono mi badanie (już tylko celowane w tę jedną pierś). Kobieta robiąca je wyszła później z pracowni i zaniosła płytkę do gabinetu lekarskiego. Kilkanaście minut czekania – wyszła z pytaniem, czy mam wyznaczoną konsultację z onkologiem. Powiedziała, że wszystko będzie (wynik i płytki) na tej konsultacji.

Strach znowu narastał. Nie potrafię do końca określić z czym dokładnie był związany – czy bardziej z tym, że usłyszę straszną diagnozę, czy z tym, przez co będę musiała przechodzić po drodze i po niej.

21 czerwca zjawiłam się na USG z programu. Lekarz je przeprowadzający był bardzo dokładny. Sprawdzał obie piersi na zmianę (na wypadek, gdyby ci – jak się wyraził – od opisywania mammografii się pomylili, bo to się zdarza). Również powiedział, że nic nie widać na USG, a przy takiej zmianie powinno być widać. Jednak, jak podejrzał w systemie (był już wynik, którego ja nie mogłam znać) Tomosynteza potwierdziła wynik z pierwszej mammografii.

Pamiętam tego lekarza, był spokojny, dokładny i powiedział takie słowa: Zachęcam do optymizmu. I proszę nie czytać w internecie – w internecie wszystko jest rakiem. Znowu powiew nadziei jednak równocześnie tłamszony informacją,  że druga mammografia potwierdziła niepokojący wynik z pierwszej.

3 lipca poszłam na konsultację. Lekarka okazała się radiologiem onkologicznym. Rozsypała z kopert płytki, wyniki. Przeczytała opisy – pierwszej i drugiej mammografii. Opis USG zupełnie zignorowała komentując, że „USG to wie pani, nic nie znaczy”. No i powiedziała coś, co zostało ze mną już na dłużej: „wyniki nie są dobre, to nie są dobre wyniki”. Wynik Tomosyntezy informował o zaburzeniu architektoniki na godzinie 10 o średnicy 24 mm. Skala BIRADS 4c. Wg tej skali prawdopodobieństwo nowotworu złośliwego jest już bardzo duże. Zbadała mi ręcznie piersi nic nie wynajdując, ale jedocześnie mówiła do mnie, że prawdopodobnie będę miała wstrzykniętą w pierś „jak my to mówimy kotwicę”, żeby precyzyjnie zlokalizować zmianę. Powiedziała również, że później wszystko powinno się odbyć nawet bez jakiegoś drastycznego okaleczania. Wskazała mi 2 ośrodki w Krakowie, które zajmują się leczeniem raka piersi: „które pani wybiera?”. Pani wybrała ten przy Szpitalu Rydygiera. Zapisała mi namiar na „bardzo dobrą radiolog w tym ośrodku”. „Tam dość dobrze to wszystko działa. Mają koordynatorów”. Powiedziała jeszcze: jak tam się nic nie okaże, to zapraszam do mnie za pół roku”. Nie wiem, co to znaczyło. Byłam w takim stanie, że chciałam już zamknąć drzwi za sobą i niech to wszystko się skończy.

Pamiętam cię lekarko radiolog. Przez całą wizytę nie spojrzałaś mi w oczy ani razu. Kilka razy za to oznajmiłaś mi, że właściwie na pewno mam raka piersi. Nie używając tych dokładnie słów, tylko mówiąc, że nie są to dobre wyniki (to akurat wiedziałam sama). Wychodząc z gabinetu odwróciłam się do ciebie, żeby powiedzieć dziękuję (tylko za co?) i do widzenia, a ty powiedziałaś pierwszy raz spoglądając w moją stronę: „wszystko będzie dobrze.”

4 lipca były moje urodziny. Dzięki informacji, którą dostałam od rodziny (nie od jakiegokolwiek lekarza do tej pory) dowiedziałam się, że mogę już na tym etapie ubiegać się o wystawienie karty DILO. Od lekarki radiolog z 3 lipca dostałam skierowanie do poradni chirurgii ogólnej z sugestią kotwicy. Kiedy próbowałam ustalić termin konsultacji w takiej poradni przy szpitalu Rydygiera, dowiedziałam się, że pierwszy możliwy jest w drugiej połowie listopada. Z kartą DILO – za ok. tydzień. Poszłam więc do mojego lekarza rodzinnego mówiąc mu o mojej sytuacji. Od razu zaczął wypisywać tę kartę na komputerze.

Pamiętam tę gęstniejącą atmosferę w jego gabinecie, do którego w większości przychodzą starsi pacjenci z przewlekłymi schorzeniami oraz przeziębione dzieci. Były w gabinecie również dwie młode kobiety, właściwie dziewczyny – chyba stażystki. Najpierw uśmiechy, a w miarę mojego wyjaśniania sytuacji, coraz bardziej poważne twarze. Dziewczyny stażystki unikające mojego wzroku. Karta została wypisana, aczkolwiek z trudnościami tak, jakby mój lekarz rodzinny nie miał w tym większej wprawy. I jego słowa, jak wychodziłam: „No to powodzenia”.

Zaraz po wyjściu z gabinetu zadzwoniłam do szpitala w celu umówienia wizyty. Z kartą DILO dostałam termin na 12 lipca czyli dokładnie za tydzień. Otrzymałam również nr telefonu do koordynatorki, na wypadek gdyby… Mój mąż wpadł na – jak się okazało – dobry pomysł, aby jednak pojechać jeszcze do szpitala i potwierdzić, że na pewno jestem zapisana, że na pewno jestem „w systemie”. Pojechaliśmy. Okazało się, że moja karta DILO nie jest ważna, ponieważ nie ma pieczątki przychodni, w której została wystawiona. Tak więc, gdybym przyjechała na konsultację 12 lipca, konsultacja by się nie odbyła. Wróciłam więc do przychodni i poprosiłam o pieczątkę.

12 lipca pojechałam do szpitala Rydygiera, a konkretnie do Poradni Diagnostyki i Leczenia Chorób Piersi. Tam odbyła się konsultacja z lekarzem chirurgiem. Zbadał obie piersi ręcznie – nic. Przejrzał wyniki obu mammografii oraz USG. Jako, że mammografia pokazała to, co pokazała, a USG tego nie potwierdzało, wystawił mi skierowanie na biopsję gruboigłową pod kontrolą USG, a jeśli nic nie będzie widać, to pod kontrolą mammografii. Termin wyznaczono na 16 lipca.

Za 4 dni przyjechałam więc do poradni na biopsję. Bałam się samej biopsji, jej przebiegu, badania, co nagle pokaże albo wyniku, który przyjdzie później.

Pamiętam cię – blondynko młodsza ode mnie, gdy czekałam pod gabinetem na swoją kolej, wyszłaś z niego i  trzymałaś gruby plaster opatrunku na prawej piersi, pod lekko rozpiętą, jasną koszulą. Docierały do mnie strzępy twojej cichej rozmowy telefonicznej i smutne słowa: „tak sobie”. Próbowałaś być dzielna. Od strony stanowisk rejestracyjnych słychać było, jak panie rejestrujące telefonowały do kobiet i odwoływały dzisiejsze mammografie z powodu choroby technika.

Już w gabinecie przed biopsją zostałam przez młodziutką asystentkę pouczona o tym, jak zabieg będzie przebiegał, o zaleceniach po. Lekarka radiolog rozpoczęła badanie USG, długo i dokładnie. Również węzłów chłonnych. I znowu aparat nie pokazał w tym miejscu niczego. W końcu przesuwając głowicę nieco w inne miejsce radiolog znalazła coś. Cicho, „pod nosem”, jakby sama do siebie powiedziała: ”to dziwne, jest coś, ale bardziej na godzinie dziewiątej, i jest to dużo mniejsze”. Zaczęła wstrzeliwać mi w to miejsce znaczniki. Mimo znieczulenia, to było bardzo nieprzyjemne. Jakby ktoś spinał mi coś w piersi zszywaczem tapicerskim – 5 może 6 razy. Wyszłam obolała, wykończona potwornym stresem, z niewielkim opatrunkiem. W głowie kotłowały mi się myśli, które przyszły za późno: dlaczego więc nie zrobiono tej biopsji pod kontrolą mammografii, skoro dokładnie w tym miejscu nie było nic widać w USG? Może znaleźli coś innego i na tym się skupili? Może nie zrobili mammografii, bo coś było nie tak z aparatem czy technikiem w tym dniu i mammografie zostały odwołane? Czy radiolog mówiła, że to coś jest mniejsze? Czy jednak większe – wypowiadane półgłosem te dwa słowa brzmią tak podobnie. Te wszystkie myśli przyszły do mnie później, już w domu, w kolejnych dniach, kiedy otrząsnęłam się z tego nerwowego telepania. Już na kolejnej wizycie dostałam opis: zaburzenie struktury na godzinie 9. 7 mm, obraz niejednoznaczny, zabieg wykonany drogą biopsji wspomaganej próżniowo. Pobrano wycinki, założono znacznik. BIRADS 4b.

Konsultację z chirurgiem miałam wyznaczoną na 9 sierpnia. Czekanie. Na każdy dźwięk telefonu, przez te wszystkie dni serce chciało wyskoczyć mi z klatki piersiowej. Kiedy mijała godzina 15, stres zmniejszał tempo, bo do tej godziny pracowały stanowiska rejestracyjne i zakładałam, że gdyby było bardzo źle, to może wcześniej ktoś by zadzwonił. I weekendy, w które jakoś funkcjonowałam.

9 sierpnia – czekanie pod gabinetem. Nerwy takie, że miałam mdłości.

Pamiętam cię – blondynko starsza ode mnie, czekająca na kontrolną mammografię. Twoje powstanie z fotela w poczekalni nakręciło cię do energicznie wyrzucanych z siebie zdań do nie wiadomo kogo. Chodziłaś tam i z powrotem i powtarzałaś: „To wszystko da się przeżyć”, „Mi nawet włosy wyrosły kręcone, nigdy nie miałam kręconych”.

Tym razem do gabinetu weszłam z mężem, bo wiedziałam, że mój mózg w tym stanie nie przyswaja, nie zapamiętuje wszystkiego dokładnie. Ciągle ten sam chirurg (w towarzystwie miłej, nieodzywającej się pani, wpisującej moje wyniki do komputera) od razu, jak tylko usiedliśmy oznajmił, że nie ma się co denerwować, bo biopsja nie wykazała niczego najgorszego. Jedynie „fragmenty utkania gruczolakowłólniaka i drobne, torbielowato poszerzone przewody. Obraz zmian łagodnych w badanym materiale.” Kiedy dostałam już dokumenty, mogłam sprawdzić – biopsja była robiona 16 lipca, a jej wynik gotowy 26 lipca. W systemie nie mieści się możliwość, żeby ktoś wcześniej zadzwonił z dobrą wiadomością. W IKP w dokumentacji medycznej wynik jest niedostępny z powodu nieodpowiedniego formatu. Musiałam czekać do 9 sierpnia.

To niedokładne umiejscowienie tej zmiany w stosunku do tego, co pokazała pierwsza mammografia oraz mammografia celowana, skłoniło nas do poruszenia tej kwestii. Chirurg powiedział, że tak, to prawda, więc „skoro ma pani aktywną kartę DILO, dam pani skierowanie na rezonans piersi, żeby to wyjaśnić”. Wyznaczono mi rezonans na 19.08. Oraz kontrolną wizytę, na której powinny być już wyniki rezonansu, na 30 sierpnia.

19 sierpnia przyszłam do szpitala na rezonans.

Pamiętam cię pielęgniarko, która sprawdzałaś mi dokumenty i zakładałaś wenflon do podania środka kontrastowego. Na pierwszy rzut oka byłaś miła, ale czułam się upokorzona i sponiewierana, gdy zwracałaś mi uwagę, że niezbyt dobrze wywiązałam się z zadania, że nie zdałam egzaminu itp. stwierdzeniami, że nie wypełniłam drugiej ankiety, która była po drugiej stronie zaleceń przygotowawczych do rezonansu. A ja przecież nie potrafiłam utrzymać długopisu w dłoni. Pamiętam cię również młody radiologu, który wykonywałeś mój rezonans. Byłeś miły, pogodny, empatyczny.

Rezonans trwał ok. 45-50 minut. Na jego wyniki miałam czekać do wyznaczonej na 30 sierpnia konsultacji. W kolejnych dniach znowu rozmyślałam o tym, dlaczego od razu, lekarka radiolog, która wykonywała mi biopsję, nie skierowała mnie na rezonans, skoro była ta wątpliwość, czy jest sprawdzana dobra lokalizacja.

30 sierpnia przyjechałam do poradni. Znowu z mężem.

Pamiętam cię brunetko w podobnym do mnie wieku. Wyszłaś z gabinetu z uśmiechem lekko stłamszonym, ale próbującym się bardziej rozwinąć, jak byś nie dowierzała temu, co przed chwilą usłyszałaś. Usiadłaś koło koleżanki (a może kogoś z rodziny) i usłyszałam jak cicho do niej mówisz: „Wszystko dobrze (…)”. Twoja towarzyszka trochę niezręcznie położyła dłoń na twoim udzie i krótko pocałowała cię w policzek. Wstałaś z fotela tanecznym krokiem. Poszłyście w stronę drzwi wyjściowych.

W gabinecie chirurg (obok niego ta sama miła, spokojna pani) poinformował nas, że rezonans nie wykazał podejrzanych zmian ogniskowych ani obszarów patologicznego wzmocnienia pokontrastowego. W piersi prawej w okolicy założonego znacznika bez ognisk wzmocnień. Jeszcze kilka słów o węzłach chłonnych. BIRADS 2. Ten opis wykonała ta sama lekarka radiolog, która wykonywała biopsję.

Ostatecznie chirurg zapytał mnie czy chcę wyciąć tę zmianę czy obserwować. Powiedział, że tak, czy siak będziemy się widywać często. Najpierw miał mi już dawać skierowanie na kontrolne badanie USG za pół roku. Ale gdy zapytał, czy chcę to wyciąć i odpowiedziałam, że tak, dał mi skierowanie na biopsję w celu wycięcia zmiany. Oczywiście, nie byłam pewna i na moje wątpliwości odpowiedział, że to zależy ode mnie.

Na inne nasze wątpliwości, o których wspominałam w tej opowieści i o które mogliśmy we względnie większym spokoju zapytać nie odpowiadał dość jasno: „wiedzą państwo, niekiedy w USG czegoś nie widać, a mammografia coś wykazuje i odwrotnie, to są różne badania, różne czułości, w zależności od zmiany.” Dlaczego inna lekarka radiolog, na tej pierwszej konsultacji w ramach programu pogłębionej diagnostyki, już bez żadnej nadziei wysyłała mnie na leczenie onkologiczne – „nie mogę proszę państwa odpowiadać, za decyzję innego lekarza”… itd.

24 października zgłosiłam się na wycięcie zmiany – metodą biopsji. 15 listopada – konsultacja z chirurgiem i odebranie wyników: podobnie jak w pierwszym badaniu histo – patologicznym, zmiana łagodna. Dalsze zalecenia – częste kontrole. Kolejna na kwiecień – mammografia i usg.

Wiem, że to wszystko może wrócić i może się okazać gorsze, jeśli nie teraz za chwilę, to za jakiś czas – wiem, liczę się z tym, znam zagrożenia, predyspozycje, świat, w jakim żyję, ale od początku września wracałam dopiero do funkcjonowania na innym poziomie niż nieustający, wyniszczający strach. Dobrze też wiem, że może dałoby się to wszystko trochę inaczej poukładać przy odrobinie dobrej woli i dzięki kilku niewiele kosztujących – jak na tak wielki system – zmianom.

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top